niedziela, 31 maja 2015

Jan Kwieciński

Witam.
Dzisiaj o bohaterze, który przybył do naszych wiosek i niósł kaganek oświaty - Janie Kwiecińskim.
To dobrze, że szkoła w Bartnikach przybrała jego imię, gdyż doskonale w ten sposób upamiętnia jego życie. Ja w dzieciństwie o Janie Kwiecińskim słyszałam od swojej Mamy. Ona go oczywiście nie znała, ale w wiosce mówili o nim starsi ludzie. Znali go Jej rodzice i krewni. Tak się też składa, że moja rodzina, to rodzina zbieraczy - chomików. Prawie nic nie wyrzucali. Przez ponad 50 lat na strychu domu pradziadków przeleżały jakieś stare dokumenty. Gdy wichura zerwała dach tego domu, to kolejny zbieracz rodzinny je przygarnął. Ja coś o nich wiedziałam i ostatnio je odszukałam. Pośród naszych rodzinnych pamiątek znalazły się dwa podpisane na odwrocie zdjęcia - Jana Kwiecińskiego i Ewy Kwiecińskiej. Niestety, jakiś pewnie niespełniony malarz - wujek albo ciotka - namalował na tych zdjęciach swoje popisowe dzieło. Zdjęcia były zwyczajnie pomazane. Trochę udało się je naprawić. Oczywiście chętnie się nimi podzielę.

Jan Kwieciński  

Ewa Kwiecińska

Tych, którzy chcą poznać bliżej działalność Jana Kwiecińskiego odsyłam na gminną stronę Puszczy Mariańskiej, gdzie opisano jego życie i działalność. 
http://www.puszcza-marianska.pl/index.php/jan_kwiecinski

Ja nie wiem wiele więcej o Janie Kwiecińskim, ale jako genealog przedstawię tutaj kilka dokumentów metrykalnych z jego rodziny. Na początek oczywiście akt urodzenia Jana Kwiecińskiego.
Akt urodzenia Jana Kwiecińskiego z 1894 roku w parafii Zduny.

Jak to było w latach 1867-1915 dokumenty metrykalne były na tych terenach zapisywane po rosyjsku. Dla zainteresowanych treścią tej formułki postaram się dość dokładnie ten dokument przetłumaczyć. Dla osób, które nie znają zasad spisywana metryk z tego okresu, tytułem małego wprowadzenia dodam jeszcze, że zapis podwójnych dat w tych dokumentach oznacza zapis w kalendarzach gregoriańskim i juliańskim. Druga data odpowiada dacie naszego kalendarza. Jako pierwsza osoba wymieniona w akcie powinien być stawający ojciec dziecka. Jeśli ojciec z jakiś powodów nie mógł stawić się u księdza z dzieckiem, wtedy powinna stawić się kobieta - akuszerka. Obowiązkowo musiało stawić się dwóch pełnoletnich mężczyzn (oprócz ojca lub akuszerki) jako świadków. Zdarzało się, że dziecko zgłaszał dziadek lub stryj, ale było to jakby niezgodne z przepisami. Poniżej tłumaczenie tej metryki.

22 Strugiennice.
Działo się we wsi Zduny piątego-siedemnastego lutego 1894 roku, o jedenastej przed południem.
Stawili się osobiście Antoni Kwieciński rolnik zamieszkały w Strugiennicach, 27 lat mający, w obecności Tomasza Wójcika 32 lata i Stanisława Orzeł 42 lata obaj rolnicy zamieszkali w Strugiennicach i okazał nam niemowlę płci męskiej oświadczając, że urodził się on w Strugiennicach trzeciego -piętnastego lutego bieżącego roku  o godzinie trzeciej po południu, z jego prawowitej małżonki Zofii z Murasów mającej lat 19. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym dnia dzisiejszego dano imię Jan a rodzicami jego chrzestnymi byli Walenty Bełz(?) i Józefa Żabka/Zabka(?). Akt ten okazującemu i świadkom niepiśmiennym przeczytano, przez Nas tylko podpisany.
Ks. H.(?) ... Proboszcz Zduński.

Rodzice Jana - Antoni Kwieciński i Zofia Muras pobrali się w parafii panny młodej w Złakowie Kościelnym w 1893 roku. Poniżej zamieszczam akt ślubu tej pary.

1893 ślub Antoniego Kwiecińskiego i Zofii Muras, parafia Złaków Kościelny.

Luźny przekład powyższego dokumentu brzmi:
Działo się we wsi Kościelny Złaków 25 stycznia/6 lutego 1893 roku o godznie dziesiątej przed południem. Ogłaszamy, że w obecności świadków Stanisława Murasa 53 lata i Konstantego Szteli 40 lat, obu kolonistów zamieszkałych we wsi Retki zawarto religijny związek małżeński między Antonim Kwiecińskim kawalerem zamieszkałym z matką, 25 lat mającym, urodzonym w Dąbrowie, zamieszkałym w Strugiennicach, synem zmarłego Józefa i żyjącej matki Magdaleny z Gajdow a Zofią Muras panną zamieszkałą z matką, 18 lat mającą, urodzoną i zamieszkałą we wsi Retki, córką zmarłego Piotra i żyjącej Marianny z Czubaków. Wygłoszono trzy zapowiedzi przedślubne w tutejszym i zduńskim kościołach 27 grudnia zeszłego roku / 8 stycznia bieżącego roku, 3 /15 i 10 / 22 stycznia bieżącego roku. Pozwolenia matek nowożeńców obecnych przy akcie wygłoszono słownie. Nowożeńcy umowy przedślubnej nie zawarli. Religijny obrzęd małżeństwa dopełnił ksiądz Aleksander Wasilewski Administrator parafii zduńskiej. Akt ten nowożeńcom i świadkom niepiśmiennym przeczytano, przez nas tylko podpisany.


W rodzinie tej w latach 1894-1911 przyszło na świat 11 dzieci, przy czym jedna córka urodziła się martwa. Kolejno rodzili się:
1894 rok - Jan Kwieciński,
1895 rok - Józef Kwieciński,
1897 rok - Konstanty Kwieciński,
1898 rok - Franciszek Kwieciński,
1899 rok - Wojciech Kwieciński,
1901 rok - Marianna Kwiecińska,
1903 rok - bezimienna Kwiecińska,
1904 rok - Stanisław Kwieciński,
1907 rok - Antoni Kwieciński,
1908 rok - Feliks Kwieciński,
1911 rok - Władysław Kwieciński.

W 13 listopada 1911 roku w Strugiennicach zmarła w wieku 36 lat matka Jana Kwiecińskiego - Zofia z Murasów Kwiecińska. Zofia zmarła z całą pewnością przedwcześnie, wszak pozostawiła męża i gromadkę małych dzieci.

Akt zgonu Zofii Kwiecińskiej w parafii Zduny.

No. 44 Strugiennice.
Działo się we wsi Zduny drugiego/piętnastego listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku, o dziewiątej rano. Stawili się Jan Gajda i Aleksy Klimkowski obaj rolnicy pełnoletni zamieszkali we wsi Strugiennicach i oświadczyli, że trzydziestego pierwszego października (trzynastego listopada) tego roku o siódmej rano zmarła we wsi Strugiennicach Zofia Kwiecińska z domu Muras, 36 lat, córka zmarłego Piotra i żyjącej Marianny z Czubaków, urodzona we wsi Retki, a zamieszkała we wsi Strugiennicach, pozostawiła po sobie owdowiałego męża Antoniego Kwiecińskiego. Po przekonaniu się naocznie o śmierci Zofii Kwiecińskiej, akt ten obecnym niepiśmiennym przeczytano, przez nas tylko podpisany, Administrator Zduńskiej parafii prowadzący Akty Stanu Cywilnego.

Ojciec Jana - Antoni, ożenił się powtórnie.  Ślub miał miejsce w Łowiczu w roku 1912 roku z pochodzącą z miejscowości Goleńsko panną Rozalią Kosiorek. 

W następnym poście zamieszczę drzewo genealogiczne przodków Jana Kwiecińskiego.
Tyle na dzisiaj.
Ewa



niedziela, 10 maja 2015

Kościół w Bartnikach, parafia w Radziwiłłowie.

Witam.
Dla osób niezamieszkałych w okolicy może tu być pewna niejasność w nazwach. Gdzie właściwie jest nasz kościół, w Bartnikach czy Radziwiłłowie? Kościół i cmentarz znajdują się w Bartnikach, ale parafia nazywa się "Parafia Świętego Antoniego z Padwy w Radziwiłłowie Mazowieckim". Fizycznie kościół jest w Bartnikach, ale nominalnie parafia znajduje się w Radziwiłłowie Mazowieckim.
Budowę kościoła rozpoczęto w 1906 roku. Mój pradziadek Grzegorz mieszkał wtedy w Antoniewie, kilka kilometrów od kościoła. Musiała to być rzecz niezwykła, taka budowa kościoła, bo swoim dzieciom później opowiadał, że kiedy tylko mógł, to przebiegał tę drogę, aby obserwować jak kościół rósł. 
Trzy lata później kościół wraz z przylegającymi budynkami, lasem, ziemią orną i łąką we wsi Grabie przekazano na własność Zgromadzenia Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa (CR). Początkowo kościół był filią kościoła parafialnego Św. Trójcy w Bolimowie.
W 2008 roku kościół świętował 100-lecie. Wydano wówczas małą broszurę i pozwolę sobie zacytować kilka najistotniejszych wydarzeń z tego okresu zapisanych w broszurze.
1905-1907 - budowa kościoła
1907 - poświęcenie kościoła przez dziekana z Łowicza,
1914-1915 - zniszczenie kościoła w czasie pierwszej wojny światowej - zniszczone były boczne wieże, lewa ściana kościoła, trzy sklepienia głównej wieży, dach, okna i witraże.
28 czerwca 1915 roku Rosjanie zamierzali zburzyć wieżę kościelną.Walczący w armii rosyjskiej Polak - płk Pawłowski przekonał dowództwo, aby miny założono z przodu kościoła. Dzięki temu świątynia przetrwała.
Poniżej zamieszczam zdjęcie kościoła z 1915 roku (z archiwum Tadeusza Biskupskiego), na którym widać wczesne zniszczenie dachu nad prezbiterium.

Kościół w Bartnikach 1915 rok.

1920 Hrabia Michał Sobański zaprasza Zgromadzenie Zmartwychwstania Pańskiego do pracy w parafii.
1922 - poświęcenie cmentarza przy parafii.
25.12.1920 - pierwsze nabożeństwo w kościele po pierwszej wojnie światowej. 
1.01.1923 Ks Kardynał Aleksander Kakowski - Arcybiskup Warszawski - dekretem z 29 listopada 1922 roku erygował parafię przy kościele św. Antoniego pod tym samym wezwaniem, oddając ją pod wieczysty zarząd Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego, pierwszym administratorem parafii został ks Stanisław Grycz (CR)
1921-1926 - remont kościoła po wojnie, wstawiono okna odbudowano lewą ścianę kościoła. W 1924 roku pokryto kościół dachówką.
1925, 1926 - odbudowa wież kościoła.
1929 - zakup żyrandola, który jest do dzisiaj w kościele.
1926-1930  - proboszczem jest ks. Jakub Kukliński CR
1932 - malowanie kościoła, ołtarzy, balustrad, ławek figur, konfesjonałów, drzwi, ambony, chrzcielnicy oraz wyremontowanie ołtarza Matki Bożej. Fundusze na ten cel pochodziły od Zmartwychwstańców z USA.
1937 - nowy dzwon na wieży kościoła o wadze 251 kg.
1939-1945 druga wojna światowa, proboszczem był ks. Ignacy Grzybowski CR. Niemcy skradli dzwon.
1945 - oszklono "szkłem katedralnym" cały kościół i zakupiono nowy dzwon.
Nie był to ostatni dzwon. W 1964 lub 1965 odlano nowy, gdyż stary pękł. 
Mój pradziadek Grzegorz - ten z Antoniewa ożenił się z panną z Grabiny, osiadł tutaj i był sołtysem. Zachowało się wśród pamiątek rodzinnych zaproszenie dla niego i jego żony na poświęcenie dzwonu. Skan zamieszczam poniżej. 


Ciekawa byłam, w którym to było roku, gdyż w zaproszeniu zapisano w sposób, wtedy oczywisty "b.r.", ale który to był wtedy ten bieżący? Może ktoś wie, czy to był 1945 czy 1964 czy 1965?
Tyle na dzisiaj.
Ewa



piątek, 8 maja 2015

Jak to się stało, że mamy taki piękny kościół w Bartnikach.

Witam.
W mojej rodzinie była taka opowieść o tym, dlaczego mamy taki piękny kościół w Bartnikach. Według opowieści mojego pradziadka Grzegorza, Pani Emilia Sobańska zatrzymała się na chwilę odpoczynku, kiedy przejeżdżała karetą przez Bartniki. Oddaliła się odrobinę do lasu. Tam potknęła się o jakiś korzeń, czy gałąź i upadła tak nieszczęśliwie, że nie mogła wstać. Nie wiem, jaka była przyczyna tych trudności, czy coś ją zabolało, czy to był jakiś skurcz mięśni, ale nie mogła nawet wezwać pomocy, bo nie zostałaby usłyszana. W tej przykrej sytuacji postanowiła się pomodlić. Podobno w tej modlitwie złożyła obietnicę, że jeśli uda się jej podnieść i wrócić bezpiecznie, to wybuduje w tym miejscu kościół. Opowieść ta była dla mnie ciekawa, ale czy jest prawdziwa? Zapewne jest tam jakieś maleńkie ziarenko prawdy. Ponieważ nie bardzo wiem, jak ją uwiarygodnić, uznajmy ją za taką lokalną legendę.

Kościół w Bartnikach.

Oficjalnie nasz kościół ufundowany został dla uczczenia 50-tej rocznicy ślubu Feliksa i Emilii Sobańskich z Guzowa. Początkowo Państwo Sobańscy planowali wybudować kościół w Rudzie Guzowskiej (dzisiejszym Żyrardowie) i został sporządzony projekt tego kościoła przez słynnego galicyjskiego projektanta Teodora Talowskiego. 


Projekt kościoła Teodora Talowskiego dla Rudy Guzowskiej.

Kiedy znalazłam ten projekt Teodora Talowskiego przypisany do Rudy Guzowskiej sądziłam, że to błędny podpis. To przecież jest mój kościół! To jest dzisiejszy kościół w Bartnikach! Okazuje się, że Państwo Sobańscy wykorzystali projekt przeznaczony dla Rudy Guzowskiej w naszych Bartnikach.
Dostaliśmy kościół architekta, który zaprojektował 70 kościołów. Przedstawię czytelnikom kilka informacji o kościołach Teodora Talowskiego.

Projekt kościoła w Nowym Sączu.

Kościół św. Elżbiety we Lwowie.

Teodor Talowski miał charakterystyczny, rozpoznawalny styl. Nasz kościół jest jedynym na Mazowszu, który powstał według projektu Talowskiego. W tej część Polski stanowi on pewien unikat, ale gdyby pojechać na południe, okazałoby się, że w tamtejszych kościołach można spotkać takie oto detale. 
Charakterystyczny podcień z kolumną, prawie jak w moim kościele, ale ten znajduje się w Nowym Sączu.

Detal kościoła we Lwowie - podobny do tego, który jest nad wejściem w Bartnikach.

Tyle na dzisiaj o architekturze kościoła. To mogłaby być ciekawa wycieczka w poszukiwaniu "rodzeństwa" naszego kościoła. Może ktoś spróbuje. Tematowi kościoła poświęcę jeszcze kilka wpisów...
Ewa


piątek, 1 maja 2015

Jeszcze o szpitalu Czerwonego Krzyża w okolicach Radziwiłłowa.

Witam.
Osoby zainteresowane historią pierwszej wojny światowej wiedzą zapewne wiele o atakach gazowych pod Bolimowem. Ja też przeczytałam sporo opisów tych ataków i relacji dotyczących tego, jak zabójcza była to broń. Nie sądziłam jednak, że ofiary tego ataku były transportowane do Radziwiłłowa. Tym razem znalazłam bardzo uporządkowany, opatrzony świetnymi zdjęciami i mapami, jak dla mnie doskonały, opis tego co działo się pod Bolimowem w latach 1914-1915. Poniżej zamieszczam link i pochodzącą z tej strony relację brytyjskiego korespondenta.

http://www.academia.edu/9733990/Zalewska_Kali%C5%84ski_Czarnecki_2014_Wielka-Wojna-nad-Rawka_1914-1915_i_materialne_po_niej_pozosta%C5%82o%C5%9Bci

"... Niektórzy spośród tych, którzy ponieśli śmierć 31 maja [1915], zostali pochowani na Cmentarzu Wojennym w Bolimowskiej Wsi, obok setek innych żołnierzy tam spoczywających.
Pobliskie punkty opatrunkowe i szpitale zapełniły się ofiarami ataku gazowego. W szpitalu Czerwonego Krzyża w okolicach Radziwiłłowa przebywający tam brytyjski korespondent Scotland Liddel tak pisał to, co działo się 31 maja:

...Nadszedł poranek i jego nadchodzącym świetle zobaczyliśmy wagonik kolejki, nadjeżdżający w naszą stronę. Było na nim sześciu żołnierzy, uczepionych jego boków, kaszlących i z trudem łapiących oddech. Wróg zaatakował pociskami wypełnionymi gazem, który zatruł ludzi. Ich płuca były straszliwie spalone. Braliśmy ich na nosze i nieśliśmy na otwartą, piaszczystą przestrzeń pomiędzy namiotami. (...) Nadjeżdżało coraz więcej wagoników, zamieniając się w niemal stały strumień. Wielu zatrutych już nie żyło, nim dotarło do naszego obozu. (...) W ciągu całego dnia mieliśmy dwa tysiące stu zatrutych i wielu rannych. Stu czterdziestu pięciu zmarło w naszym obozie. Prawie pięciuset zmarło po odesłaniu ich do Żyrardowa i Warszawy. (...) Wszystko co mogło pomóc zatrutym, zostało zrobione. Siostry, lekarze i sanitariusze stosowali sztuczne oddychanie w najcięższych przypadkach. Okoliczni mieszkańcy, mężczyźni i kobiety, a nawet chłopcy i dziewczynki, przyszli ze swoich domów położonych dalej na wschód i pracowali cały dzień, przynosząc wodę, mleko do picia dla chorych i robili okłady na ich piersiach i głowach. (...) W najcięższych przypadkach zrobienie czegokolwiek było prawie nie możliwe. Próbowaliśmy sztucznego oddychania, ale bez sukcesu. Kiedy ci ludzie dusili się na śmierć, stawali się purpurowi na twarzy, a ich języki stawały się prawie czarne. (...) Zauważyliśmy, że nie tylko mosiężne części wyposażenia żołnierzy pokryły się zielonym nalotem, również ładowniki amunicji pokryte były zielonkawą warstwą..."

Zdjęcie ataku falowego ze strony dobroni.pl

Kiedy byłam mała moi dziadkowie czasem opowiadali zasłyszane relacje o tym ataku - obydwaj mieszkali nie dalej niż 10 km od miejsca ataku. Naturalnie powtarzali oni relacje starszych, gdyż sami byli małymi dziećmi. Ja nie wsłuchiwałam się wtedy w te opowieści. Dziś żałuję, że nie poświęciłam im należytej uwagi. Pamiętam tylko opowieści o tym, jak straszliwie Ci żołnierze konali, jak to było przerażające dla okolicznej ludności. Ta szybkość zabijania, ta skala, to cierpienie...
Jeden z moich pradziadków został wzięty do armii rosyjskiej, tuż przed pierwszą wojną światową. Sądził pewnie, że będzie tam jaki inni na sześć lat, bo tyle spędziłby tam w czasie pokoju. Miał jednak swoistego "pecha". Wybuchła wojna i pradziadek został na kolejne cztery ciężkie lata. Dziesięć lat w armii z czego cztery w "Wielkiej Wojnie". Przeżył, wrócił, ożenił się, ale z relacji rodziny wiem, że niechętnie opowiadał o tym pobycie w armii i na wojnie. Kiedy ktoś go o coś zapytał, to krótko odpowiedział, ale nigdy nie snuł opowieści. To co przeżył było na pewno najcięższymi przeżyciami w życiu. 
Mój pradziadek Bronisław przeżył, a szacuje się, że walczyło w niej około 3,4 mln Polaków z czego poległo 500000-800000. Liczebnie jest to liczba strat porównywalna z poległymi wtedy mieszkańcami Wysp Brytyjskich. Wydaje mi się, że za mało pamiętamy o tych poległych Polakach.
Ewa

czwartek, 30 kwietnia 2015

Pierwsza wojna światowa w Radziwiłłowie widziana oczyma angielskiej pielęgniarki 2.

Witam.
Dzisiaj kolejna część pamiętnika Violetty Thurstan z pierwszej wojny światowej w Radziwiłłowie.

...Bardzo cieszyliśmy się, że ponownie trafiliśmy do Radziwiłłowa. Nasz poprzedni punkt opatrunkowy został opuszczony jako zbyt niebezpieczny dla personelu i pacjentów, sala operacyjna i opatrunkowa znajdowała się teraz w pociągu około pięciu wiorst od stacji kolejowej w Radziwiłłowie. Nasz pociąg był ciągle na linii, w nim pracowaliśmy i  żyliśmy, dwa razy dziennie przyjeżdżał pociąg sanitarny, nasi ranni byli pakowani do niego i odwożeni, a sami byliśmy ponownie zapełniani. Tym razem w Radziwiłłowie było dość cicho. Niemcy przypuszczali zażarte ataki, starając się pokonać rzekę Rawkę, więc ich straty musiały być bardzo poważne, ale Rosjanie jedynie utrzymywali swoją pozycję, więc gdyby porównać, to po naszej stronie było dość mało rannych. Tym razem udało nam się podzielić w pracy na zmiany – luksus w którym bardzo rzadko mogliśmy się pławić. Poprzednim razem zaprzyjaźniliśmy się z pewnym kapitanem z Syberii, ku naszej radości odkryliśmy, że mieszkał w małej chatce niedaleko naszego pociągu. Pewnego dnia spytał się, czy zechciałabym pójść z nim na pozycje, by zanieść żołnierzom świąteczne prezenty. Oczywiście byłam zachwycona. Wybierał się on tej samej nocy, a w związku, że nie miałam wtedy zmiany, generał uprzejmie pozwolił mi iść. Towarzyszyli nam również kapral S. i jedna z rosyjskich sióstr. Kapitan załatwił dwukołowy wóz i konia, żeby przewieźć nas część drogi, a sam razem z innym mężczyzną jechali za nami konno. Wyruszyliśmy około dziesiątej, księżyc świecił bardzo jasno – tak jasno, że musieliśmy ściągnąć nasze opaski oraz wszystko, co mogło wyróżniać się białym kolorem na tle ciemnego lasu. Dojechaliśmy do końca linii sosen, w której znajdowały się rosyjskie pozycje i zostawiliśmy wóz oraz konie pod naszą nieobecność pod opieką Kozaka. Generał sugerował, byśmy zobaczyli okopy rezerwy, ale widzieliśmy ich już mnóstwo wcześniej, a nasz kapitan chciał, żebyśmy zobaczyli całą zabawę, jaka miała miejsce, więc zabrał nas od razu na pozycje frontowe. Szliśmy po cichu przez las w pojedynczej grupie, dbając o to, by w miarę możliwości żadna gałązka nie pękła pod naszymi stopami, aż doszliśmy do przednich okopów na skraju lasu. Ukucnęliśmy i obserwowaliśmy przez moment. Wszystko było jasno oświetlone przez światło księżyca, musieliśmy być bardzo ostrożni, by nie zostać wykrytym. Trwał zażarty niemiecki atak, pociski biły dookoła nas jak grad. Przez pewien czas nie dało się widzieć nic oprócz dymu z luf karabinów. W tym momencie Niemcy byli zaledwie sto jardów od nas, poniżej dało się ujrzeć rzekę Rawkę błyszczącą w świetle księżyca. Tak absurdalnie mała rzeczka, a tyle walki o nią. Wydawało się, że tej nocy z  łatwością moglibyśmy przez nią przebrnąć. Kapitan dał sygnał i poczołgaliśmy się za nim wzdłuż skraju lasu, aż dotarliśmy do ziemianki wykopanej przez syberyjskiego oficera. Początkowo nie mogliśmy nic zauważyć, po chwili ujrzeliśmy coś w rodzaju jaskini zakrytej żerdziami i gałęziami, jeszcze kilka kroków wcześniej była zupełnie niewidoczna. Było w niej przerażająco gorąco i duszno – mały piecyk w rogu dawał ogromne ciepło, mężczyźni zaczęli palić, co jeszcze pogorszyło sprawę. Posiedzieliśmy chwilę, rozmawiając, a potem poczołgaliśmy się z wizytą do kolejnej ziemianki, kiedy niemiecki pocisk minął nas i utkwił w drzewie obok. W ziemiance było już sześciu mężczyzn, więc nie próbowaliśmy nawet do niej wchodzić, ale daliśmy im papierosy i zapałki, za co byli niezwykle wdzięczni. Mieli tam ikonę albo inny święty obrazek wiszący na ścianie; rosyjscy żołnierze na służbie mają przydzieloną pułkową ikonę, a wielu z nich nosi jeszcze swoje w kieszeniach. Jednemu mężczyźnie ocaliła życie. Pokazał nam ją; pocisk przeszedł dokładnie między Matką a Dzieciątkiem i osadził się w drewnie. Wszystko było niezwykle ciekawe, opuściliśmy pozycje z wielką niechęcią, by powrócić przez oświetlony księżycem las do naszego wozu. Wykorzystaliśmy tę noc w pełni, była piąta rano, gdy wróciliśmy do pociągu. Zarówno doktor oraz ja zaczęliśmy z  powrotem dyżur o ósmej. Strata jednej nocy snu była jednak warta pójścia na pozycje w trakcie zażartego niemieckiego ataku. Ciekawe, co powiedziałby generał, gdyby wiedział! Skończyliśmy nasz czterdziestoośmiogodzinny dyżur i wróciliśmy raz jeszcze do Żyrardowa. Zawsze niechętnie opuszczałam Radziwiłłów. Praca tam była wspaniała, i tam bardziej niż gdziekolwiek indziej traktowałam wojnę jako Wielką Przygodę. Wojna mogłaby być najbardziej chwalebną grą na świecie, gdyby nie zabijanie i ranienie. W jej trakcie człowiek czuje ogromną radość z braterstwa broni, dawania i brania, pomagania i otrzymywaniu pomocy w sposób, który byłby niemożliwy do pojęcia w normalnym świecie. W Radziwiłłowie również człowiek mógł dostrzec poezję wojny, pikanterię chłodnych poranków i błogość ogniska w nocy, ciepły i czysty zapach wszędzie przywiązanych koni, przejmujący głód, marne jedzenie polane sosem niebezpieczeństwa, wyjeżdżanie rankami z wielką nadzieją; nawet powracający ranni wieczorem nie wydawali się wtedy tak strasznie złą rzeczą. Człowiek musi kiedyś umrzeć, a rosyjscy chłopi z największą czcią traktowali śmierć za Matuszkę, jak nazywają swój kraj.  Wielka przygoda nie często trafia się człowiekowi, ale gdy ją dobrze przeżyć, to świadomość uczestnictwa w niej pomaga przetrwać wszystkie trudne chwile. Radziwiłłów jest jedynym miejscem, gdzie mi się to przydarzyło. W Belgii serce było wyżęte przez przenikliwy ból tego wszystkiego, przez maleńkość i bezbronność. W Łodzi nie widać było nic oprócz brudu i zastraszenia; gdzie indziej zniszczone wioski, ucieczki oszołomionych ludzi, przerażeni chłopi, którzy widzieli najciemniejsze strony wojny...

Znalazłam w sieci zdjęcie  takiego pociągu sanitarnego z okresu pierwszej wojny światowej. Pochodzi ono ze strony dobroni.pl




Dla zainteresowanych lekturą całego pamiętnika w wersji angielskiej podaję link do publikacji na stronie Projekt Gutenberg:

http://www.gutenberg.org/files/17587/17587-h/17587-h.htm

W Bitewnikach Łódzkich można znaleźć jeszcze wspomnienia z pobytu Violetty Thurstan w Łodzi. Polecam, ciekawa lektura.
Ewa

wtorek, 28 kwietnia 2015

Pierwsza wojna światowa w Radziwiłłowie widziana oczyma angielskiej pielęgniarki.

Witam.
Mam wrażenie, że Polacy dużo wiedzą o drugiej wojnie światowej. O tym jak nas ta wojna zniszczyła, ilu zginęło, kto walczył, przegrał, zwyciężył. Pierwszej wonie nie poświęca się tyle uwagi. Francuzi mówią o niej "wielka wojna" - bo zginęło ich bardzo wielu, a my bardziej dostrzegamy może fakt, że odzyskaliśmy niepodległość, że był Piłsudski. Może ktoś wie jeszcze, że jego pradziadek walczył w rosyjskiej, niemieckiej czy austriackiej armii. Może ktoś wie o lokalnej bitwie w pobliżu miejsca zamieszkania, ale raczej, że to nie była nasza wojna... 
Zdjęcia zniszczonych dworców w Skierniewicach, Żyrardowie no i przede wszystkim Radziwiłłowie uprzytomniły mi, że ta wojna toczyła się nie tylko gdzieś dalej, ba nawet nie tylko w okopach pod Bolimowem, ona toczyła się też w Radziwiłłowie. W końcu ktoś zniszczył nasz dworzec, ktoś chciał wysadzić kościół, ktoś przywlókł tyfus, na który zmarła w wieku 16 lat moja prapraciotka.
Postanowiłam poszukać w Internecie coś na temat tej wojny i Radziwiłowa. Tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie. Znalazłam pamiętniki brytyjskiej sanitariuszki Violetty Thurstan, która z pracowała w Rosyjskim Czerwonym Krzyżu jako pielęgniarka. Po wojnie wydała swoje pamiętniki, w których opisała również swój pobyt w Radziwiłłowie. Dzisiaj zamieszczę pierwszą część poświęconą jej pracy u nas. W następnym wpisie część druga i informacje, gdzie można zapoznać się z oryginalnym tekstem pamiętnika po angielsku. Fragmenty które tutaj zamieszczę, pochodzą z publikacji "Bitewnik Łódzki 1914" dostępnego w sieci.

Violetta Thurstan - fragment pamiętników
W pobliżu okopów pod Radziwiłłowem 
...Następnego dnia rano wybraliśmy się do Radziwiłłowa. Jest to następna stacja za Skierniewicami. W  chwili gdy przybyliśmy, w pobliżu toczyły się ciężkie walki. Powiedziano nam, że pojedziemy pociągiem pancernym. Brzmiało to bardzo emocjonująco, ale po przybyciu na stację odkryliśmy, że zabrać nas miał jedynie zwykły wagon doczepiony do lokomotywy. Rosyjska bateria stacjonowała w tym czasie na południe od linii kolejowej, zaś niemiecka na północ. I tak znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. W Żyrardowie grzmiały z oddali, ale jak tylko przybyliśmy do Radziwiłłowa, armaty  miażdżyły dźwiękiem tak jak to miało miejsce w Łodzi, przygotowując nas na gorące chwile. Stacja była całkowicie zdewastowana i po prostu w ruinie, ale stojący w pobliżu domek zawiadowcy był nadal nietknięty, toteż otrzymaliśmy polecenie urządzenia w nim tymczasowego punktu opatrunkowego. Zanim rozpakowaliśmy nasze opatrunki, przybył goniec z informacją, że Niemcy odnieśli sukces, ostrzeliwując na całej głębokości okopy rosyjskie, i pięćdziesięciu bardzo ciężko rannych mężczyzn jest transportowanych do nas w celu natychmiastowego opatrzenia. Ledwie zdążyliśmy uruchomić sterylizator parowy, gdy zaczęły nadchodzić małe wózki z kilkunastu poważnie rannymi mężczyznami. Karabiny maszynowe po prostu wymiotły okopy od końca do końca. Najgorsze było to, że niektórzy ranni żyli przez wiele godzin, podczas gdy szybka śmierć byłaby dla nich łaskawszym rozwiązaniem. Dzięki Bogu mieliśmy mnóstwo morfiny i tak mogliśmy ulżyć ich straszliwym cierpieniom. Jeden miał praktycznie całą twarz rozsadzoną, inny całe ubranie i ciało porozrywane. Kolejny biedak został przyniesiony z dziewięcioma ranami brzucha. Wyglądał dosyć patriarchalnie z długą brodą – był chyba najstarszym człowiekiem w armii rosyjskiej, jakiego widziałam. Biedny Iwan, był dopiero co powołany do wojska, a to była jego pierwsza bitwa. Był pięknie ubrany i  taki czysty; żona przygotowała mu wszystko z taką troskliwością: ciepłą trykotową kamizelkę i białą lnianą koszulę prawie w całości pięknie wyhaftowaną w szkarłatny, zawiły wzór-klucz. Iwan był bardziej nieszczęśliwy z pocięcia pięknej pracy swojej żony niż ze swoich własnych okropnych ran. Był zupełnie przytomny i nie cierpiał bardzo, mógł żyć nawet tydzień lub dwa dłużej, aby zobaczyć swoją żonę raz jeszcze. Ale nie tak miało być, zmarł wcześnie następnego ranka, jeden z najukochańszych staruszków jakich można było kiedykolwiek spotkać, tak patetycznie wdzięczny za tak niewiele, co mogliśmy dla niego zrobić. Pociski przelatywały nad naszymi głowami, rozrywając się wszędzie. Byliśmy jednak zbyt zajęci, aby zwracać na nie uwagę, opatrując coraz więcej mężczyzn zwożonych do punktu opatrunkowego. Mieliśmy okropny problem, co z nimi zrobić: dom był mały, korzystaliśmy więc z dwóch największych pokojów na parterze jako sal operacyjnych. Zamówioną słomę rozesłaliśmy we wszystkich małych pokojach na piętrze, toteż każdy, po opatrzeniu rany, był z trudem po wąskich, krętych schodach wnoszony na górę i kładziony na podłodze. Dzień dobiegł końca i jak tylko zrobiło się ciemno, zaczęły się duże kłopoty w pracy. W oknach na górze nie było żadnych żaluzji ani rolet, nie odważyliśmy się więc zapalić nawet jednej świecy, gdyż jej światło mogłoby natychmiast ściągnąć na nas niemiecki ogień. Musieli więc ci biedni ludzie leżeć tam po ciemku, jedna z nas obchodziła ich od czasu do czasu z małą latarką elektryczną. Co prawda na dole udało nam się zasłonić okna, ale opatrywanie i operacje musiały odbywać się jedynie przy świetle świecy. Niemcy stale wystrzeliwali niebieskie flary, które rozświetlały cały teren tak, że obawialiśmy się, iż w każdej chwili mogą nas odkryć. Niektóre domy w pobliżu, zapalone przez pociski, rozświetlały niebo tępym, czerwonym blaskiem. Wózki przywożące mężczyzn nie posiadały żadnych świateł, toteż ranni przenoszeni byli w całkowitej ciemności i układani w rzędach w holu do momentu, aż mieliśmy czas do nich zajrzeć. Do godziny 9 wieczorem mieliśmy ponad 300 ludzi, dlatego byliśmy bardzo szczęśliwi, widząc pociąg sanitarny, który miał ich zabrać. Sanitariusze ciężko harowali, znosząc po schodach tych biednych ludzi i dźwigając ich do pociągu w całkowitych ciemnościach. Ranni byli jednak wdzięczni za zabranie. Sądzę, że to było niezwykle denerwujące leżeć z ranami w maleńkim domku, nad którym nieustannie rozrywały się pociski. Całą długą noc znoszono do niego rannych prosto z okopów. Około 4 nad ranem na chwilę uspokoiło się i ktoś zrobił herbatę. Ciekawe, co ludzie w Anglii pomyśleliby, widząc nas przy tym posiłku. Spożywaliśmy go w dusznej sali opatrunkowej, w której pracowaliśmy bez ustanku szesnaście godzin przy szczelnie zamkniętych oknach, przesiąkniętej każdym zapachem, jaki można sobie wyobrazić, z podłogą ubabraną błotem, krwią i resztkami opatrunków, wszędzie tam, gdzie akurat nie pozostawiono noszy, na których przyniesiono ludzi, których natychmiast operowaliśmy. Rozłożony na sterylnych ręcznikach na stole operacyjnym posiłek składający się z herbaty bez mleka [!!!], czarnego chleba i sera oświetlały dwie świece w butelkach. Księżniczka siedziała na jedynym krześle, a reszta z nas dawała odpocząć zmęczonym nogom, przysiadając na skrzynkach po opatrunkach. Dwóch martwych żołnierzy leżało u naszych stóp, ponieważ na zewnątrz nie było na tyle bezpieczne, aby w tym momencie wynieść ich i  pochować. Ludzie zapytaliby prawdopodobnie, jak można jeść w tych warunkach. Także nie wiem, jak mogliśmy, ale zrobiliśmy to i byliśmy wdzięczni za to natychmiast po tym, jak rozpoczęła się kolejna harówka. O 11 rano nadjechał kolejny pociąg sanitarny i także szybko został załadowany. Do tego czasu ponad 750 rannych przeszło przez nasze ręce, lecz mimo to w dalszym ciągu w wielkiej ilości donoszono kolejnych. Walka musiała być straszna, ponieważ przywożeni ludzie byli całkowicie wykończeni i pomimo odniesionych ran zasypiali natychmiast z wyczerpania. Niektórzy z nich musieli pozostawać bardzo długo w okopach – tak bardzo byli zawszeni. Na jednym biednym chłopcu ze zmiażdżoną nogą można by ich naliczyć nie mniej niż milion. Po około dziesięciu minutach od opatrzenia, jego białe bandaże stały się całkiem szare od armii najeźdźców, jaka schroniła się w innych częściach jego garderoby.
Wczesnym popołudniem otrzymaliśmy wiadomość, że inna kolumna przybywa, aby nas zluzować, a my wracamy do Żyrardowa na odpoczynek. Było nam przykro opuszczać naszą małą stację opatrunkową, lecz ucieszyliśmy się słysząc, że przybędziemy tu ponownie za dwa dni zmienić ich, pracując w reżimie czasowym 48 godzin odpoczynku i 48 godzin służby..."


Na koniec jeszcze jedna fotografia zniszczonego dworca, jaki widziała Violetta Thurstan.

Jednym z sanitariuszy, który również pracował w okolicach Rawki był autor zdjęć, które przedstawiłam w poprzednim wpisie o dworcu w Radziwiłłowie -Tadeusz Biskupski. Być może spotkał się z Violettą Thurstan - wszak robili to samo, ratowali rannych żołnierzy. Kolejna część pamiętnika w następnym wpisie.
Ewa

sobota, 25 kwietnia 2015

Powstanie styczniowe w okolicy Grabiny

Witam.
Przy okazji swojego wolontariatu przy indeksacji metryk napotkałam taki oto akt zgonu znajdujący się w księgach parafii Bolimów dla rocznika 1863. 

Akt zgonu powstańców styczniowych poległych w bitwie pod Budami Bolimowskimi w 1863 roku.

Poniżej zapisałam treść metryki starając się zachować oryginalną pisownię.
Działo się w Poświętnem Bolimowskiem dnia ośmnastego Lutego Tysiąc Ośmset Sześćdziesiątego trzeciego roku o godzinie Osmej rano. Stawili się Szymon Stulik z Grabia lat czterdzieści i Adam Gozdecki z Wsi Bolimowskie lat czterdzieści jeden mający oba dwaj gajowi i oświadczyli iż na miejscu pobojowiska znaleziono Umarłych czternastu Mężczyzn z Imienia z nazwiska nieznanych wyjąwszy dwóch z Których jeden był Zaleski Kominiarz z Łowicza a drugi Wołyński syn Urzędnika z Łowicza Po przekonaniu się naocznie o Zejściu tychże Akt ten stawającym pisać niemiejącym przeczytany i przez nas tylko podpisany został. –
Wincenty Kuderko wikariusz parafij


Treść tej metryki mnie zaintrygowała. Sprawdziłam w Internecie o jakie pobojowisko i o jakich poległych chodzi. Okazało się, że tak lakonicznie zapisano, kto zginął w tak zwanej bitwie pod Budami Bolimowskimi. W książce "Z dziejów Bolimowa" Krzysztofa Kalińskiego zapisano, że wśród poległych byli szewc Stanisław Romanowski, urzędnik Aleksander Służewski, syn kominiarza Tadeusz Zalewski i syn urzędnika Henryk Wołyńśki - wszyscy z Łowicza. Czytając w Internecie artykuły o tej bitwie błędnie, jak sądzę zinterpretowałam, że Budy Bolimowskie to dzisiejszy Joachimów Mogiły. W artykułach poświęconych tej bitwie regularnie pojawia się informacja, że było to "pod Budami Bolimowskimi dzisiaj Joachimów Mogiły". Sądzę, że należy to interpretować jako bitwę pod Budami  Bolimowskimi - dzisiejszymi Bartnikami, która odbyła się w lesie nad Rawką. W czasie bitwy w 1863 roku prawdopodobnie był to teren w puszczy nienależący do żadnej wsi. Sprawdzałam w metrykach i do 1872 roku nie pojawia się tam nazwa Joachimów. Zapewne dla określenia położenia miejsca tej bitwy w 1863 roku podano nazwę większej, sąsiedniej osady. Jest to oczywiście trochę nieścisłe, bo potocznie i w metrykach kościelnych funkcjonowała już wtedy nazwa Bartniki, ale nazwa Budy Bolimowskie znajdowała się jeszcze na wielu mapach jak choćby na Topograficznej Karcie Królestwa Polskiego wydanej w 1843 roku czyli przed powstaniem styczniowym. Chciałam zamieścić fragment tej mapy, ale nie znalazłam jej w Internecie, mam tylko jej fragment w książce Dzieje Żyrardowa i podobnie jak na mapie Gillego Budy Bolimowskie zaznaczone są na terenie dzisiejszych Bartnik, Joachimowa jeszcze tam nie ma... 


Dla zainteresowanych historią tej bitwy zamieszczam fragment z publikacji "Drogami walk i męczeństwa  Powstanie styczniowe 1863 – 1864" Macieja Kucharskiego dotyczący tej bitwy. Polecam...

Na terenie Gminy Puszcza Mariańska walczył też oddział powstańczy Władysława Stroynowskiego. Jego oddział liczył około 150 ludzi. Tworzyła go młodzież warszawska oraz ochotnicy z pobliskich terenów. Oddział Władysława Stroynowskiego wsławił się zwycięską bitwą pod Strzybogą, gdzie powstańcy rozbili wojska carskie i uwolnili 30 prowadzonych do armii rosyjskiej rekrutów. Wkrótce Stroynowski zajął Bolimów i na rynku ogłosił władzę Tymczasowego Rządu Narodowego. Naczelnikiem powstańczym Bolimowa został proboszcz ksiądz Wincenty Kuderko. Na swej plebanii przyjmował powstańców i odbierał od nich przysięgę, tutaj zbierał od parafian ofiary pieniężne na potrzeby powstania i apelował o wstępowanie do oddziału powstańczego. Oddział Stroynowskiego założył obóz pod wsią Budy Bolimowskie. Z pałacu Radziwiłłów w Nieborowie przejęto broń myśliwską i amunicję. Powstańcy paraliżowali komunikację kolejową na odcinku: Radziwiłłów – Skierniewice – Łowicz m. in. zatrzymali pociąg pasażerski pod Skierniewicami i aresztowali czterech oficerów carskich. Spalili też most kolejowy na Rawce. Władze carskie chcąc odzyskać kontrolę nad linią kolejową postanowiły zniszczyć oddział powstańczy. Carski generał Korf, wysłał z Warszawy silne oddziały wojska. Miały one do 7 lutego otoczyć lasy bolimowskie. Realizując plan dowództwa carskiego, oddziały kawalerii pułkownika Felkerzama miały wyprzeć powstańców z Wiskitek i zająć tą miejscowość. Następnie pułkownik Felkerzam miał poczekać na piechotę i wraz z nią ruszyć w kierunku Bolimowa. Dowództwo carskie przewiozło koleją do Radziwiłłowa 3 roty strzelców Litewskiego Pułku Gwardii. Jedna z rot miała pójść przez lasy w kierunku Wiskitek i tam połączyć się z kawalerią. Pozostałe roty otrzymały rozkaz natarcia wzdłuż brzegów Rawki w kierunku na Bolimów i Miedniewice. Z Łowicza wyruszyła kolumna wojsk carskich pułkownika Hagenmeistra. Wojska rosyjskie wyszły również ze Skierniewic. Miały one zamknąć wyjście z lasów bolimowskich od strony południowej. Gdyby plan ten został precyzyjnie wykonany, oddział powstańczy Stroynowskiego zostałby całkowicie zniszczony. Działania dowódców carskich były na szczęście nieskoordynowane. Wojska carskie pułkownika Hagenmeistra zajęły Bolimów. Do bitwy z oddziałem powstańczym doszło pod Budami Bolimowskimi w dniu 7 lutego 1863 roku. Bogdan Jagiełło pisze: ,,Hagenmeister wysłał podjazdy kozackie do Woli Szydłowieckiej i Miedniewic, natomiast część piechoty pod dowództwem majora Kroka w kierunku Skierniewice. Dotarł on do wsi Grabie i widząc most nie zniszczony i nie obsadzony przez powstańców (było to karygodne zaniedbanie ze strony Stroynowskiego) postanowił porzucić trakt skierniewicki i przejść na drugą stronę Rawki. Pojawienie się tyraliery piechoty rosyjskiej w lesie otaczającym obozowisko wywołało w nim popłoch. Powstańcy odpowiadali dość nieregularnym ogniem, gdyż tylko 40 posiadało dubeltówki, a reszta była uzbrojona w kosy lub rewolwery. Stroynowski zdołał w końcu opanować zamieszanie jakie wywołało niespodziewane pojawienie się nieprzyjaciela, sformował oddział kosynierów, który począł obchodzić lewe skrzydło Kroka. Ten musiał się cofnąć. Ale wówczas od Bolimowa przygalopowało 30 Kozaków, a za nimi nadciągnął sam Hagenmeister. Pojawił się też oddział, który wyszedł ze Skierniewic. Mając olbrzymią przewagę, Hagenmeister zdecydował się na bezpośredni szturm obozu. Doszło do walki wręcz, w której odznaczył się Szymanowski (z dawna osiadłej w okolicach Żyrardowa rodziny szlacheckiej). Zabił on oficera carskiego Klingberga, ale sam też poległ. Obóz zdobyto.” Oddział powstańczy został rozproszony. Zgineło kilkunastu powstańców, kilkunastu dostało się do niewoli. W bitwie nie wzięła udziału kawaleria carska pułkownika Felkerzama. Rozproszony oddział powstańczy zebrał się ponownie i pomaszerował w lasy tomaszowskie. Tu Władysław Stroynowski zrezygnował z dowództwa i wyjechał za granicę. Większość powstańców przystała do pułkownika Jeziorańskiego i wraz z nim udała się w Góry Świętokrzyskie.  Po bitwie, Rosjanie dokonali rewizji w Bolimowie. W stodole Antoniego Derendowskiego znaleziono pochodzącego z Bolimowa M. Jastrzębskiego, zastępcę dowódcy, który ukrywał się w sianie. Pobito go kolbami karabinów i zesłano na Sybir, gdzie zmarł. Bolimów obciążono wysoką kontrybucją. Lasy bolimowskie były ostoją powstańców przez cały okres powstania. 

W Internecie można znaleźć zdjęcia pomnika powstańców i napisu upamiętniającego bitwę.

Ewa