niedziela, 21 czerwca 2015

Jan Kwieciński - jeszcze kilka dokumentów.

Witam.
Zwlekałam z tym postem, gdyż chciałam jeszcze znaleźć kilka dokumentów dotyczących Jana Kwiecińskiego. Trochę brakuje mi ostatnio czasu, więc zamieszczę to, co udało się zebrać. Możliwe, że później ten post uzupełnię. 
Najpierw wrócę jeszcze do Jana i Ewy Kwiecińskich.
Odnalazłam akt ślubu tej pary w parafii bolimowskiej w 1918 roku. Dokument jest napisany po polsku. Do 1915 roku teren ten był jeszcze pod kontrolą Rosjan, ale toczyły się długie i wyczerpujące obie strony walki w okolicach Bolimowa. Wreszcie Rosjanie się wycofali i od tej chwili, wszystkie metryki zaczęto ponownie, po 48 latach, pisać w języku polskim. Dokument jest zapisany ładnym pismem i pozostawiam czytelnikowi jego treść.

 Ślub Ewy Jakubowskiej i Jana Kwiecińskiego, 20.05.1918 roku w Bolimowie.

Nie znam żadnych faktów z ich życia rodzinnego Jana i Ewy Kwiecińskich, poza tym, co można przeczytać w Internecie.
W zasobach mojej rodziny zachowało się za to kilka świadectw szkolnych z podpisem Jana, jako dyrektora szkoły. Zamieszczam dwa z nich. Jedno pochodzi z 1929 roku ze szkoły czteroklasowej, a drugie z okresu drugiej wojny światowej z 1943 roku. Wklejam je tutaj jako ciekawostki.

Świadectwo ze szkoły w Bartnikach z roku 1929 roku.

Świadectwo ze szkoły w Bartnikach z 1943 roku w języku niemieckim i polskim.

W moich rodzinnych zbiorach mam jeszcze świadectwa z okresu pomiędzy tymi datami i z 1946 roku, kiedy jako kierownik szkoły podpisał się już Jan Michalak.

Jan Kwieciński był też inicjatorem powstania straży w Grabinie. Pozwoliłam sobie przytoczyć fragmenty z kroniki tej straży.

„Czerwiec 1927 roku
Wszystko zaczęło się w czerwcu 1927 roku, podczas zebrania zwołanego przez kierownika Szkoły Podstawowej w Grabinie, kiedy to licznie zebrani gospodarze postanowili powołać ochotniczą jednostkę strażacką. Mieszkańcy Grabiny pełni entuzjazmu wstępowali w szeregi jednostki i już na początku istnienia Ochotnicza Straż Pożarna liczyła 48 członków.
Na pierwszym zebraniu wybrano zarząd: naczelnikiem został Władysław Traczyk, skarbnikiem Piotr Woźniak, sekretarzem Franciszek Zalewski.
Wkrótce członkowie opodatkowali się po 2 zł i zaczęto gromadzić materiał na budowę strażnicy.

Październik 1927 roku
Podczas drugiego zebrania członków OSP Franciszek Zalewski i Stanisław Łukaszewski nieodpłatnie przekazali na rzecz strażnicy 15-arową działkę pod budowę strażnicy.
Zaczęto gromadzić kamienie na fundamenty, a niezbędne drewno podarowali Stanisław Łukaszewski, Franciszek Zalewski, Piotr Woźniak, Helena Lewandowska, Bolesław Kalisiak, Stefan Czaplarski i Stefan Kowalski.

Początek 1928 roku
Ochotnicza Straż Pożarna w Grabinie oficjalnie została przyjęta przez władze Gminy Korabiewice, do stowarzyszenia i wpisana do rejestru pod pozycją 124.

Czerwiec 1928 roku
Półroczna, społeczna praca członków straży pod nadzorem Piotra Woźniaka została zakończona. Stanęła strażnica, którą nazywano „szopą”.
„Szopa” była miejscem gromadzenia sprzętu przeciwpożarowego. Tu również odbywały się kulturalne spotkania, z których dochody przeznaczano na zakup niezbędnego staży sprzętu.
Jednostka rozwijała się do wybuchu wojny. 
Posiadała już niezbędny sprzęt, a nawet zakupiła dla swoich członków mundury."

W kronice znajduje się też bardzo piękne zdjęcie strażaków w mundurach, ze sprzętem, z Janem Kwiecińskim po środku i remizą w tle. Możliwe, że pierwszy siedzący z lewej strony mężczyzna to Wacław Tomczyk lub Stanisław Traczyk, dalej obok Jana Kwiecińskiego siedzi prawdopodobnie Zygmunt Michalak. Z drugiej strony Jana Kwiecińskiego w ciemniejszym mundurze jest prawdopodobnie Władysław Traczyk. Nikogo więcej nie udało mi się zidentyfikować, może ktoś wie, kogoś rozpoznaje. Nie znam też daty wykonania tego zdjęcia. Zamierzam jeszcze to ustalić...

Strażacy z Janem Kwiecińskim przed remizą Ochotniczej Straży Pożarnej w Grabinie.

Jan Kwieciński zmarł 13 czerwca 1944 roku. Poniżej akt zgonu. Kopia dość czytelna, ale zamieszczam przepisany tekst.

Akt zgonu Jana Kwiecińskiego z 1944 roku.

"N 21 Grabina
Działo się w kancelarii parafialnej w Radziwiłłowie dnia czternastego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku o godzinie dwunastej. Stawili się Weronika Jabłkowska, urzędniczka z Warszawy przy ul. Złotej 39 zamieszkała i Wincenty Janiszewski organista w Radziwiłłowie, obydwoje pełnoletni i oświadczyli że w dniu trzynastym bieżącego miesiąca o godzinie pierwszej zmarł w Grabinie Jan Kwieciński, kierownik szkoły lat czterdzieści dziewięć mający, urodzony we wsi Strągiewice gminy Bąków, powiat Łowicki, syn Antoniego i Zofii. Pozostawił po sobie owdowiałą żonę Ewę z Jakubowskich. Po naocznym przekonaniu się o śmierci Jana Kwiecińskiego, akt ten stawającym przeczytany - przez Nas i przez nich podpisany został.
Ks. Ig. Grzybowski C. R
Weronika Jabłkowska Wincenty Janiszewski"

W dokumencie tym błędnie wpisano nazwę miejscowości urodzenia Jana Strągiewice zamiast Strugiennice. Błąd mógł wynikać z błędnego przekazu świadków lub błędu księdza. To się często zdarzało. 

Dzisiaj szkoła w Bartnikach pamięta o swoim patronie. Kwiecinki wpisały się w kalendarz imprez już chyba na dobre. Zaglądnęłam na stronę szkoły. To dobrze, że młodzież pamięta o patronie, że o nim sporo wie. Przeczytałam wiersze o Janie napisane przez uczniów. Wyrazy uznania dla wysiłków Julka, Oli i innych, którzy poświęcili swój czas i zdolności dla upamiętnienia patrona.

Na koniec tego wpisu ostanie zdjęcie Jana Kwiecińskiego. Mam je w bardzo słabej jakości. Może ktoś ma lepszą kopię? 
Myślę, że to zdjęcie oprócz tego, że jest pamiątką, może też być pewnym symbolem. Jan stoi w wejściu do domu, ale patrzy na zewnątrz...

Ostatnie zdjęcie Jana Kwiecińskiego.

Tyle na dzisiaj i tyle na razie o naszym bohaterze...
Ewa


czwartek, 4 czerwca 2015

Przodkowie Jana Kwiecińskiego

Witam.
Dzisiaj zamieszczę drzewo potomków Jana Kwiecińskiego. Jest to drzewo rodzin pochodzących z dwóch parafii. Linia ojca Jana Kwiecińskiego pochodzi z parafii Zduny, w większości z miejscowości Strugiennice i Zduny. Linia matki Jana pochodzi z parafii Złaków Kościelny, z miejscowości Złaków Borowy i Retki.

Kościół parafialny św. Jakuba Apostoła w Zdunach.

Kościół Wszystkich Świętych w Złakowie Kościelnym.

Drzewo sporządziłam na podstawie metryk znajdujących się na stronach genealodzy.pl i metryki.genbaza.pl. Nie zamieszczę tutaj wielu odnalezionych do tego drzewa metryk, gdyż zebrałam ich ponad 40. Zamieszczam drzewo w formie graficznej i dodam tylko kilka metryk jako ciekawostki.


Drzewo genealogiczne przodków Jana Kwiecińskiego.

Pośród przodków Jana Kwiecińskiego jest Marianna - żona Sebastiana Gajdy, która ma w akcie ślubu podane nazwisko Matyasik/Matysek. W akcie jej zgonu mąż Sebastian wskazuje z kolei nazwisko Wójcik. Jej rodzice umierają pod nazwiskiem Wójcik. Dzieci w rodzinie Sebastiana i Marianny mają matkę czasem Wójcik, czasem Matyasik/Matysek. Podejrzewam, że mamy tutaj do czynienia z rodzajem przydomka, który był czasem dawany jednej z rodzin, aby odróżnić się od drugiej. Jest to oczywiście w kręgu moich domniemań, ale wiele razy spotkałam się z takimi przydomkami-przezwiskami, które wskazywane były u księdza jako nazwiska. Wprowadza to oczywiście trochę zamętu w poszukiwaniach genealogicznych, ale kiedyś stanowiło dla żyjących ułatwienie;-)
Poniżej zamieszczam metrykę urodzenia ojca Jana - Antoniego Kwiecińskiego z 1867 roku. Jest to ostatni rok po powstaniu styczniowym, kiedy jeszcze metryki były pisane w języku polskim. Na marginesie umieszczono dopisek w języku rosyjskim, informujący o tym, że Antoni zawarł w 1912 roku w Łowiczu związek małżeński z Rozalią Kosiorek. 

Akt urodzenia Antoniego Kwiecińskiego w 1867 roku.

Poniżej zamieszczam jeszcze akt ślubu Ignacego Kwiecińskiego i Rozalii Bącel/Boncel z 1826 roku.

Akt ślubu Ignacego Kwiecińskiego i Konstancji Bącel 1826.

Wszyscy odnalezieni przeze mnie przodkowie Jana Kwiecińskiego byli gospodarzami rolnymi. Wielu z nich owdowiało i zawierało kolejne małżeństwa. Prowadzili osiadły tryb życia, przywiązani do ziemi, z której żyli. W każdym dokumencie przodka Jana Kwiecińskiego ksiądz zapisywał, że byli oni niepiśmienni. Prawdopodobnie nie pisali, gdyż szkół było wtedy niewiele, ale czasem ksiądz ze względów "organizacyjnych" wpisywał najpierw dane do metryki do raptularza, a dopiero później sporządzał właściwy dokument. Ja widziałam już metryki, w których ksiądz zapisał, że niepiśmienny był lekarz, albo nauczyciel... Pod aktem ślubu Ignacego Kwiecińskiego świadkowie niepiśmienni "podpisali się" krzyżykami. Styl stawiania tych krzyżyków wygląda jednak, jakby postawił je spisujący księgi, a nie Piotr i Jakub... Dla tych, którzy może zachęceni przeze mnie zechcą poszukiwać swoich przodków umieszczę jeszcze jedną wskazówkę - odnalezione dokumenty metrykalne traktujcie jako wskazówki do dalszych badań, czasem bywają niepełne, czasem błędne... 
Na tym kończę poszukiwania przodków Jana Kwiecińskiego, może ktoś inny zechce to kontynuować. Czas wrócić do głównego bohatera, ale to już w kolejnym poście.
Ewa



niedziela, 31 maja 2015

Jan Kwieciński

Witam.
Dzisiaj o bohaterze, który przybył do naszych wiosek i niósł kaganek oświaty - Janie Kwiecińskim.
To dobrze, że szkoła w Bartnikach przybrała jego imię, gdyż doskonale w ten sposób upamiętnia jego życie. Ja w dzieciństwie o Janie Kwiecińskim słyszałam od swojej Mamy. Ona go oczywiście nie znała, ale w wiosce mówili o nim starsi ludzie. Znali go Jej rodzice i krewni. Tak się też składa, że moja rodzina, to rodzina zbieraczy - chomików. Prawie nic nie wyrzucali. Przez ponad 50 lat na strychu domu pradziadków przeleżały jakieś stare dokumenty. Gdy wichura zerwała dach tego domu, to kolejny zbieracz rodzinny je przygarnął. Ja coś o nich wiedziałam i ostatnio je odszukałam. Pośród naszych rodzinnych pamiątek znalazły się dwa podpisane na odwrocie zdjęcia - Jana Kwiecińskiego i Ewy Kwiecińskiej. Niestety, jakiś pewnie niespełniony malarz - wujek albo ciotka - namalował na tych zdjęciach swoje popisowe dzieło. Zdjęcia były zwyczajnie pomazane. Trochę udało się je naprawić. Oczywiście chętnie się nimi podzielę.

Jan Kwieciński  

Ewa Kwiecińska

Tych, którzy chcą poznać bliżej działalność Jana Kwiecińskiego odsyłam na gminną stronę Puszczy Mariańskiej, gdzie opisano jego życie i działalność. 
http://www.puszcza-marianska.pl/index.php/jan_kwiecinski

Ja nie wiem wiele więcej o Janie Kwiecińskim, ale jako genealog przedstawię tutaj kilka dokumentów metrykalnych z jego rodziny. Na początek oczywiście akt urodzenia Jana Kwiecińskiego.
Akt urodzenia Jana Kwiecińskiego z 1894 roku w parafii Zduny.

Jak to było w latach 1867-1915 dokumenty metrykalne były na tych terenach zapisywane po rosyjsku. Dla zainteresowanych treścią tej formułki postaram się dość dokładnie ten dokument przetłumaczyć. Dla osób, które nie znają zasad spisywana metryk z tego okresu, tytułem małego wprowadzenia dodam jeszcze, że zapis podwójnych dat w tych dokumentach oznacza zapis w kalendarzach gregoriańskim i juliańskim. Druga data odpowiada dacie naszego kalendarza. Jako pierwsza osoba wymieniona w akcie powinien być stawający ojciec dziecka. Jeśli ojciec z jakiś powodów nie mógł stawić się u księdza z dzieckiem, wtedy powinna stawić się kobieta - akuszerka. Obowiązkowo musiało stawić się dwóch pełnoletnich mężczyzn (oprócz ojca lub akuszerki) jako świadków. Zdarzało się, że dziecko zgłaszał dziadek lub stryj, ale było to jakby niezgodne z przepisami. Poniżej tłumaczenie tej metryki.

22 Strugiennice.
Działo się we wsi Zduny piątego-siedemnastego lutego 1894 roku, o jedenastej przed południem.
Stawili się osobiście Antoni Kwieciński rolnik zamieszkały w Strugiennicach, 27 lat mający, w obecności Tomasza Wójcika 32 lata i Stanisława Orzeł 42 lata obaj rolnicy zamieszkali w Strugiennicach i okazał nam niemowlę płci męskiej oświadczając, że urodził się on w Strugiennicach trzeciego -piętnastego lutego bieżącego roku  o godzinie trzeciej po południu, z jego prawowitej małżonki Zofii z Murasów mającej lat 19. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym dnia dzisiejszego dano imię Jan a rodzicami jego chrzestnymi byli Walenty Bełz(?) i Józefa Żabka/Zabka(?). Akt ten okazującemu i świadkom niepiśmiennym przeczytano, przez Nas tylko podpisany.
Ks. H.(?) ... Proboszcz Zduński.

Rodzice Jana - Antoni Kwieciński i Zofia Muras pobrali się w parafii panny młodej w Złakowie Kościelnym w 1893 roku. Poniżej zamieszczam akt ślubu tej pary.

1893 ślub Antoniego Kwiecińskiego i Zofii Muras, parafia Złaków Kościelny.

Luźny przekład powyższego dokumentu brzmi:
Działo się we wsi Kościelny Złaków 25 stycznia/6 lutego 1893 roku o godznie dziesiątej przed południem. Ogłaszamy, że w obecności świadków Stanisława Murasa 53 lata i Konstantego Szteli 40 lat, obu kolonistów zamieszkałych we wsi Retki zawarto religijny związek małżeński między Antonim Kwiecińskim kawalerem zamieszkałym z matką, 25 lat mającym, urodzonym w Dąbrowie, zamieszkałym w Strugiennicach, synem zmarłego Józefa i żyjącej matki Magdaleny z Gajdow a Zofią Muras panną zamieszkałą z matką, 18 lat mającą, urodzoną i zamieszkałą we wsi Retki, córką zmarłego Piotra i żyjącej Marianny z Czubaków. Wygłoszono trzy zapowiedzi przedślubne w tutejszym i zduńskim kościołach 27 grudnia zeszłego roku / 8 stycznia bieżącego roku, 3 /15 i 10 / 22 stycznia bieżącego roku. Pozwolenia matek nowożeńców obecnych przy akcie wygłoszono słownie. Nowożeńcy umowy przedślubnej nie zawarli. Religijny obrzęd małżeństwa dopełnił ksiądz Aleksander Wasilewski Administrator parafii zduńskiej. Akt ten nowożeńcom i świadkom niepiśmiennym przeczytano, przez nas tylko podpisany.


W rodzinie tej w latach 1894-1911 przyszło na świat 11 dzieci, przy czym jedna córka urodziła się martwa. Kolejno rodzili się:
1894 rok - Jan Kwieciński,
1895 rok - Józef Kwieciński,
1897 rok - Konstanty Kwieciński,
1898 rok - Franciszek Kwieciński,
1899 rok - Wojciech Kwieciński,
1901 rok - Marianna Kwiecińska,
1903 rok - bezimienna Kwiecińska,
1904 rok - Stanisław Kwieciński,
1907 rok - Antoni Kwieciński,
1908 rok - Feliks Kwieciński,
1911 rok - Władysław Kwieciński.

W 13 listopada 1911 roku w Strugiennicach zmarła w wieku 36 lat matka Jana Kwiecińskiego - Zofia z Murasów Kwiecińska. Zofia zmarła z całą pewnością przedwcześnie, wszak pozostawiła męża i gromadkę małych dzieci.

Akt zgonu Zofii Kwiecińskiej w parafii Zduny.

No. 44 Strugiennice.
Działo się we wsi Zduny drugiego/piętnastego listopada tysiąc dziewięćset jedenastego roku, o dziewiątej rano. Stawili się Jan Gajda i Aleksy Klimkowski obaj rolnicy pełnoletni zamieszkali we wsi Strugiennicach i oświadczyli, że trzydziestego pierwszego października (trzynastego listopada) tego roku o siódmej rano zmarła we wsi Strugiennicach Zofia Kwiecińska z domu Muras, 36 lat, córka zmarłego Piotra i żyjącej Marianny z Czubaków, urodzona we wsi Retki, a zamieszkała we wsi Strugiennicach, pozostawiła po sobie owdowiałego męża Antoniego Kwiecińskiego. Po przekonaniu się naocznie o śmierci Zofii Kwiecińskiej, akt ten obecnym niepiśmiennym przeczytano, przez nas tylko podpisany, Administrator Zduńskiej parafii prowadzący Akty Stanu Cywilnego.

Ojciec Jana - Antoni, ożenił się powtórnie.  Ślub miał miejsce w Łowiczu w roku 1912 roku z pochodzącą z miejscowości Goleńsko panną Rozalią Kosiorek. 

W następnym poście zamieszczę drzewo genealogiczne przodków Jana Kwiecińskiego.
Tyle na dzisiaj.
Ewa



niedziela, 10 maja 2015

Kościół w Bartnikach, parafia w Radziwiłłowie.

Witam.
Dla osób niezamieszkałych w okolicy może tu być pewna niejasność w nazwach. Gdzie właściwie jest nasz kościół, w Bartnikach czy Radziwiłłowie? Kościół i cmentarz znajdują się w Bartnikach, ale parafia nazywa się "Parafia Świętego Antoniego z Padwy w Radziwiłłowie Mazowieckim". Fizycznie kościół jest w Bartnikach, ale nominalnie parafia znajduje się w Radziwiłłowie Mazowieckim.
Budowę kościoła rozpoczęto w 1906 roku. Mój pradziadek Grzegorz mieszkał wtedy w Antoniewie, kilka kilometrów od kościoła. Musiała to być rzecz niezwykła, taka budowa kościoła, bo swoim dzieciom później opowiadał, że kiedy tylko mógł, to przebiegał tę drogę, aby obserwować jak kościół rósł. 
Trzy lata później kościół wraz z przylegającymi budynkami, lasem, ziemią orną i łąką we wsi Grabie przekazano na własność Zgromadzenia Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa (CR). Początkowo kościół był filią kościoła parafialnego Św. Trójcy w Bolimowie.
W 2008 roku kościół świętował 100-lecie. Wydano wówczas małą broszurę i pozwolę sobie zacytować kilka najistotniejszych wydarzeń z tego okresu zapisanych w broszurze.
1905-1907 - budowa kościoła
1907 - poświęcenie kościoła przez dziekana z Łowicza,
1914-1915 - zniszczenie kościoła w czasie pierwszej wojny światowej - zniszczone były boczne wieże, lewa ściana kościoła, trzy sklepienia głównej wieży, dach, okna i witraże.
28 czerwca 1915 roku Rosjanie zamierzali zburzyć wieżę kościelną.Walczący w armii rosyjskiej Polak - płk Pawłowski przekonał dowództwo, aby miny założono z przodu kościoła. Dzięki temu świątynia przetrwała.
Poniżej zamieszczam zdjęcie kościoła z 1915 roku (z archiwum Tadeusza Biskupskiego), na którym widać wczesne zniszczenie dachu nad prezbiterium.

Kościół w Bartnikach 1915 rok.

1920 Hrabia Michał Sobański zaprasza Zgromadzenie Zmartwychwstania Pańskiego do pracy w parafii.
1922 - poświęcenie cmentarza przy parafii.
25.12.1920 - pierwsze nabożeństwo w kościele po pierwszej wojnie światowej. 
1.01.1923 Ks Kardynał Aleksander Kakowski - Arcybiskup Warszawski - dekretem z 29 listopada 1922 roku erygował parafię przy kościele św. Antoniego pod tym samym wezwaniem, oddając ją pod wieczysty zarząd Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego, pierwszym administratorem parafii został ks Stanisław Grycz (CR)
1921-1926 - remont kościoła po wojnie, wstawiono okna odbudowano lewą ścianę kościoła. W 1924 roku pokryto kościół dachówką.
1925, 1926 - odbudowa wież kościoła.
1929 - zakup żyrandola, który jest do dzisiaj w kościele.
1926-1930  - proboszczem jest ks. Jakub Kukliński CR
1932 - malowanie kościoła, ołtarzy, balustrad, ławek figur, konfesjonałów, drzwi, ambony, chrzcielnicy oraz wyremontowanie ołtarza Matki Bożej. Fundusze na ten cel pochodziły od Zmartwychwstańców z USA.
1937 - nowy dzwon na wieży kościoła o wadze 251 kg.
1939-1945 druga wojna światowa, proboszczem był ks. Ignacy Grzybowski CR. Niemcy skradli dzwon.
1945 - oszklono "szkłem katedralnym" cały kościół i zakupiono nowy dzwon.
Nie był to ostatni dzwon. W 1964 lub 1965 odlano nowy, gdyż stary pękł. 
Mój pradziadek Grzegorz - ten z Antoniewa ożenił się z panną z Grabiny, osiadł tutaj i był sołtysem. Zachowało się wśród pamiątek rodzinnych zaproszenie dla niego i jego żony na poświęcenie dzwonu. Skan zamieszczam poniżej. 


Ciekawa byłam, w którym to było roku, gdyż w zaproszeniu zapisano w sposób, wtedy oczywisty "b.r.", ale który to był wtedy ten bieżący? Może ktoś wie, czy to był 1945 czy 1964 czy 1965?
Tyle na dzisiaj.
Ewa



piątek, 8 maja 2015

Jak to się stało, że mamy taki piękny kościół w Bartnikach.

Witam.
W mojej rodzinie była taka opowieść o tym, dlaczego mamy taki piękny kościół w Bartnikach. Według opowieści mojego pradziadka Grzegorza, Pani Emilia Sobańska zatrzymała się na chwilę odpoczynku, kiedy przejeżdżała karetą przez Bartniki. Oddaliła się odrobinę do lasu. Tam potknęła się o jakiś korzeń, czy gałąź i upadła tak nieszczęśliwie, że nie mogła wstać. Nie wiem, jaka była przyczyna tych trudności, czy coś ją zabolało, czy to był jakiś skurcz mięśni, ale nie mogła nawet wezwać pomocy, bo nie zostałaby usłyszana. W tej przykrej sytuacji postanowiła się pomodlić. Podobno w tej modlitwie złożyła obietnicę, że jeśli uda się jej podnieść i wrócić bezpiecznie, to wybuduje w tym miejscu kościół. Opowieść ta była dla mnie ciekawa, ale czy jest prawdziwa? Zapewne jest tam jakieś maleńkie ziarenko prawdy. Ponieważ nie bardzo wiem, jak ją uwiarygodnić, uznajmy ją za taką lokalną legendę.

Kościół w Bartnikach.

Oficjalnie nasz kościół ufundowany został dla uczczenia 50-tej rocznicy ślubu Feliksa i Emilii Sobańskich z Guzowa. Początkowo Państwo Sobańscy planowali wybudować kościół w Rudzie Guzowskiej (dzisiejszym Żyrardowie) i został sporządzony projekt tego kościoła przez słynnego galicyjskiego projektanta Teodora Talowskiego. 


Projekt kościoła Teodora Talowskiego dla Rudy Guzowskiej.

Kiedy znalazłam ten projekt Teodora Talowskiego przypisany do Rudy Guzowskiej sądziłam, że to błędny podpis. To przecież jest mój kościół! To jest dzisiejszy kościół w Bartnikach! Okazuje się, że Państwo Sobańscy wykorzystali projekt przeznaczony dla Rudy Guzowskiej w naszych Bartnikach.
Dostaliśmy kościół architekta, który zaprojektował 70 kościołów. Przedstawię czytelnikom kilka informacji o kościołach Teodora Talowskiego.

Projekt kościoła w Nowym Sączu.

Kościół św. Elżbiety we Lwowie.

Teodor Talowski miał charakterystyczny, rozpoznawalny styl. Nasz kościół jest jedynym na Mazowszu, który powstał według projektu Talowskiego. W tej część Polski stanowi on pewien unikat, ale gdyby pojechać na południe, okazałoby się, że w tamtejszych kościołach można spotkać takie oto detale. 
Charakterystyczny podcień z kolumną, prawie jak w moim kościele, ale ten znajduje się w Nowym Sączu.

Detal kościoła we Lwowie - podobny do tego, który jest nad wejściem w Bartnikach.

Tyle na dzisiaj o architekturze kościoła. To mogłaby być ciekawa wycieczka w poszukiwaniu "rodzeństwa" naszego kościoła. Może ktoś spróbuje. Tematowi kościoła poświęcę jeszcze kilka wpisów...
Ewa


piątek, 1 maja 2015

Jeszcze o szpitalu Czerwonego Krzyża w okolicach Radziwiłłowa.

Witam.
Osoby zainteresowane historią pierwszej wojny światowej wiedzą zapewne wiele o atakach gazowych pod Bolimowem. Ja też przeczytałam sporo opisów tych ataków i relacji dotyczących tego, jak zabójcza była to broń. Nie sądziłam jednak, że ofiary tego ataku były transportowane do Radziwiłłowa. Tym razem znalazłam bardzo uporządkowany, opatrzony świetnymi zdjęciami i mapami, jak dla mnie doskonały, opis tego co działo się pod Bolimowem w latach 1914-1915. Poniżej zamieszczam link i pochodzącą z tej strony relację brytyjskiego korespondenta.

http://www.academia.edu/9733990/Zalewska_Kali%C5%84ski_Czarnecki_2014_Wielka-Wojna-nad-Rawka_1914-1915_i_materialne_po_niej_pozosta%C5%82o%C5%9Bci

"... Niektórzy spośród tych, którzy ponieśli śmierć 31 maja [1915], zostali pochowani na Cmentarzu Wojennym w Bolimowskiej Wsi, obok setek innych żołnierzy tam spoczywających.
Pobliskie punkty opatrunkowe i szpitale zapełniły się ofiarami ataku gazowego. W szpitalu Czerwonego Krzyża w okolicach Radziwiłłowa przebywający tam brytyjski korespondent Scotland Liddel tak pisał to, co działo się 31 maja:

...Nadszedł poranek i jego nadchodzącym świetle zobaczyliśmy wagonik kolejki, nadjeżdżający w naszą stronę. Było na nim sześciu żołnierzy, uczepionych jego boków, kaszlących i z trudem łapiących oddech. Wróg zaatakował pociskami wypełnionymi gazem, który zatruł ludzi. Ich płuca były straszliwie spalone. Braliśmy ich na nosze i nieśliśmy na otwartą, piaszczystą przestrzeń pomiędzy namiotami. (...) Nadjeżdżało coraz więcej wagoników, zamieniając się w niemal stały strumień. Wielu zatrutych już nie żyło, nim dotarło do naszego obozu. (...) W ciągu całego dnia mieliśmy dwa tysiące stu zatrutych i wielu rannych. Stu czterdziestu pięciu zmarło w naszym obozie. Prawie pięciuset zmarło po odesłaniu ich do Żyrardowa i Warszawy. (...) Wszystko co mogło pomóc zatrutym, zostało zrobione. Siostry, lekarze i sanitariusze stosowali sztuczne oddychanie w najcięższych przypadkach. Okoliczni mieszkańcy, mężczyźni i kobiety, a nawet chłopcy i dziewczynki, przyszli ze swoich domów położonych dalej na wschód i pracowali cały dzień, przynosząc wodę, mleko do picia dla chorych i robili okłady na ich piersiach i głowach. (...) W najcięższych przypadkach zrobienie czegokolwiek było prawie nie możliwe. Próbowaliśmy sztucznego oddychania, ale bez sukcesu. Kiedy ci ludzie dusili się na śmierć, stawali się purpurowi na twarzy, a ich języki stawały się prawie czarne. (...) Zauważyliśmy, że nie tylko mosiężne części wyposażenia żołnierzy pokryły się zielonym nalotem, również ładowniki amunicji pokryte były zielonkawą warstwą..."

Zdjęcie ataku falowego ze strony dobroni.pl

Kiedy byłam mała moi dziadkowie czasem opowiadali zasłyszane relacje o tym ataku - obydwaj mieszkali nie dalej niż 10 km od miejsca ataku. Naturalnie powtarzali oni relacje starszych, gdyż sami byli małymi dziećmi. Ja nie wsłuchiwałam się wtedy w te opowieści. Dziś żałuję, że nie poświęciłam im należytej uwagi. Pamiętam tylko opowieści o tym, jak straszliwie Ci żołnierze konali, jak to było przerażające dla okolicznej ludności. Ta szybkość zabijania, ta skala, to cierpienie...
Jeden z moich pradziadków został wzięty do armii rosyjskiej, tuż przed pierwszą wojną światową. Sądził pewnie, że będzie tam jaki inni na sześć lat, bo tyle spędziłby tam w czasie pokoju. Miał jednak swoistego "pecha". Wybuchła wojna i pradziadek został na kolejne cztery ciężkie lata. Dziesięć lat w armii z czego cztery w "Wielkiej Wojnie". Przeżył, wrócił, ożenił się, ale z relacji rodziny wiem, że niechętnie opowiadał o tym pobycie w armii i na wojnie. Kiedy ktoś go o coś zapytał, to krótko odpowiedział, ale nigdy nie snuł opowieści. To co przeżył było na pewno najcięższymi przeżyciami w życiu. 
Mój pradziadek Bronisław przeżył, a szacuje się, że walczyło w niej około 3,4 mln Polaków z czego poległo 500000-800000. Liczebnie jest to liczba strat porównywalna z poległymi wtedy mieszkańcami Wysp Brytyjskich. Wydaje mi się, że za mało pamiętamy o tych poległych Polakach.
Ewa

czwartek, 30 kwietnia 2015

Pierwsza wojna światowa w Radziwiłłowie widziana oczyma angielskiej pielęgniarki 2.

Witam.
Dzisiaj kolejna część pamiętnika Violetty Thurstan z pierwszej wojny światowej w Radziwiłłowie.

...Bardzo cieszyliśmy się, że ponownie trafiliśmy do Radziwiłłowa. Nasz poprzedni punkt opatrunkowy został opuszczony jako zbyt niebezpieczny dla personelu i pacjentów, sala operacyjna i opatrunkowa znajdowała się teraz w pociągu około pięciu wiorst od stacji kolejowej w Radziwiłłowie. Nasz pociąg był ciągle na linii, w nim pracowaliśmy i  żyliśmy, dwa razy dziennie przyjeżdżał pociąg sanitarny, nasi ranni byli pakowani do niego i odwożeni, a sami byliśmy ponownie zapełniani. Tym razem w Radziwiłłowie było dość cicho. Niemcy przypuszczali zażarte ataki, starając się pokonać rzekę Rawkę, więc ich straty musiały być bardzo poważne, ale Rosjanie jedynie utrzymywali swoją pozycję, więc gdyby porównać, to po naszej stronie było dość mało rannych. Tym razem udało nam się podzielić w pracy na zmiany – luksus w którym bardzo rzadko mogliśmy się pławić. Poprzednim razem zaprzyjaźniliśmy się z pewnym kapitanem z Syberii, ku naszej radości odkryliśmy, że mieszkał w małej chatce niedaleko naszego pociągu. Pewnego dnia spytał się, czy zechciałabym pójść z nim na pozycje, by zanieść żołnierzom świąteczne prezenty. Oczywiście byłam zachwycona. Wybierał się on tej samej nocy, a w związku, że nie miałam wtedy zmiany, generał uprzejmie pozwolił mi iść. Towarzyszyli nam również kapral S. i jedna z rosyjskich sióstr. Kapitan załatwił dwukołowy wóz i konia, żeby przewieźć nas część drogi, a sam razem z innym mężczyzną jechali za nami konno. Wyruszyliśmy około dziesiątej, księżyc świecił bardzo jasno – tak jasno, że musieliśmy ściągnąć nasze opaski oraz wszystko, co mogło wyróżniać się białym kolorem na tle ciemnego lasu. Dojechaliśmy do końca linii sosen, w której znajdowały się rosyjskie pozycje i zostawiliśmy wóz oraz konie pod naszą nieobecność pod opieką Kozaka. Generał sugerował, byśmy zobaczyli okopy rezerwy, ale widzieliśmy ich już mnóstwo wcześniej, a nasz kapitan chciał, żebyśmy zobaczyli całą zabawę, jaka miała miejsce, więc zabrał nas od razu na pozycje frontowe. Szliśmy po cichu przez las w pojedynczej grupie, dbając o to, by w miarę możliwości żadna gałązka nie pękła pod naszymi stopami, aż doszliśmy do przednich okopów na skraju lasu. Ukucnęliśmy i obserwowaliśmy przez moment. Wszystko było jasno oświetlone przez światło księżyca, musieliśmy być bardzo ostrożni, by nie zostać wykrytym. Trwał zażarty niemiecki atak, pociski biły dookoła nas jak grad. Przez pewien czas nie dało się widzieć nic oprócz dymu z luf karabinów. W tym momencie Niemcy byli zaledwie sto jardów od nas, poniżej dało się ujrzeć rzekę Rawkę błyszczącą w świetle księżyca. Tak absurdalnie mała rzeczka, a tyle walki o nią. Wydawało się, że tej nocy z  łatwością moglibyśmy przez nią przebrnąć. Kapitan dał sygnał i poczołgaliśmy się za nim wzdłuż skraju lasu, aż dotarliśmy do ziemianki wykopanej przez syberyjskiego oficera. Początkowo nie mogliśmy nic zauważyć, po chwili ujrzeliśmy coś w rodzaju jaskini zakrytej żerdziami i gałęziami, jeszcze kilka kroków wcześniej była zupełnie niewidoczna. Było w niej przerażająco gorąco i duszno – mały piecyk w rogu dawał ogromne ciepło, mężczyźni zaczęli palić, co jeszcze pogorszyło sprawę. Posiedzieliśmy chwilę, rozmawiając, a potem poczołgaliśmy się z wizytą do kolejnej ziemianki, kiedy niemiecki pocisk minął nas i utkwił w drzewie obok. W ziemiance było już sześciu mężczyzn, więc nie próbowaliśmy nawet do niej wchodzić, ale daliśmy im papierosy i zapałki, za co byli niezwykle wdzięczni. Mieli tam ikonę albo inny święty obrazek wiszący na ścianie; rosyjscy żołnierze na służbie mają przydzieloną pułkową ikonę, a wielu z nich nosi jeszcze swoje w kieszeniach. Jednemu mężczyźnie ocaliła życie. Pokazał nam ją; pocisk przeszedł dokładnie między Matką a Dzieciątkiem i osadził się w drewnie. Wszystko było niezwykle ciekawe, opuściliśmy pozycje z wielką niechęcią, by powrócić przez oświetlony księżycem las do naszego wozu. Wykorzystaliśmy tę noc w pełni, była piąta rano, gdy wróciliśmy do pociągu. Zarówno doktor oraz ja zaczęliśmy z  powrotem dyżur o ósmej. Strata jednej nocy snu była jednak warta pójścia na pozycje w trakcie zażartego niemieckiego ataku. Ciekawe, co powiedziałby generał, gdyby wiedział! Skończyliśmy nasz czterdziestoośmiogodzinny dyżur i wróciliśmy raz jeszcze do Żyrardowa. Zawsze niechętnie opuszczałam Radziwiłłów. Praca tam była wspaniała, i tam bardziej niż gdziekolwiek indziej traktowałam wojnę jako Wielką Przygodę. Wojna mogłaby być najbardziej chwalebną grą na świecie, gdyby nie zabijanie i ranienie. W jej trakcie człowiek czuje ogromną radość z braterstwa broni, dawania i brania, pomagania i otrzymywaniu pomocy w sposób, który byłby niemożliwy do pojęcia w normalnym świecie. W Radziwiłłowie również człowiek mógł dostrzec poezję wojny, pikanterię chłodnych poranków i błogość ogniska w nocy, ciepły i czysty zapach wszędzie przywiązanych koni, przejmujący głód, marne jedzenie polane sosem niebezpieczeństwa, wyjeżdżanie rankami z wielką nadzieją; nawet powracający ranni wieczorem nie wydawali się wtedy tak strasznie złą rzeczą. Człowiek musi kiedyś umrzeć, a rosyjscy chłopi z największą czcią traktowali śmierć za Matuszkę, jak nazywają swój kraj.  Wielka przygoda nie często trafia się człowiekowi, ale gdy ją dobrze przeżyć, to świadomość uczestnictwa w niej pomaga przetrwać wszystkie trudne chwile. Radziwiłłów jest jedynym miejscem, gdzie mi się to przydarzyło. W Belgii serce było wyżęte przez przenikliwy ból tego wszystkiego, przez maleńkość i bezbronność. W Łodzi nie widać było nic oprócz brudu i zastraszenia; gdzie indziej zniszczone wioski, ucieczki oszołomionych ludzi, przerażeni chłopi, którzy widzieli najciemniejsze strony wojny...

Znalazłam w sieci zdjęcie  takiego pociągu sanitarnego z okresu pierwszej wojny światowej. Pochodzi ono ze strony dobroni.pl




Dla zainteresowanych lekturą całego pamiętnika w wersji angielskiej podaję link do publikacji na stronie Projekt Gutenberg:

http://www.gutenberg.org/files/17587/17587-h/17587-h.htm

W Bitewnikach Łódzkich można znaleźć jeszcze wspomnienia z pobytu Violetty Thurstan w Łodzi. Polecam, ciekawa lektura.
Ewa