wtorek, 5 lipca 2016

100 lat szkolnictwa w naszych wioskach.

Witam.
W dniach 20 i 21 maja 2016 roku w Zespole Szkolno -Gimnazjalnych im. Jana Kwiecińskiego w Bartnikach odbyły się uroczystości jubileuszowe z okazji 100-lecia szkolnictwa na terenie Bartnik, Grabiny i Radziwiłłowa.
Za początek szkolnictwa na tym obszarze uznaje się datę związaną z utworzeniem w dniu 19 kwietnia 1916 roku Jednoklasowej Powszechnej Szkoły w Bartnikach. Nauczycielem tej szkoły był właśnie Jan Kwieciński.
W czasie uroczystości szkolnych na wystawie dotyczącej historii szkoły sfotografowałam dokument datowany 19 kwietnia 1916 roku o treści następującej:

" Cesarsko Niemiecki Zarządca Okręgu Łowickiego 
 Nr 1062                                                                                                Łowicz 19-tego.  Kwietnia 1916
Na piśmienne podanie pańskie z dnia 12 b.m. oraz osobiste przedstawienie się donosi się, że pan jako nauczyciel przy szkole w Bartnikach odemnie odwołalnie zostaje zatwierdzony.
Posada jest ważna od dnia rozpoczęcia nauki.
Podpis

Do nauczyciela
pana Jana Kwiecińskiego
w Bartnikach
gminy Bolimów"

Dokument z 1916 z informacją o mianowaniu Jana Kwiecińskiego na nauczyciela szkoły w Bartnikach.

Wydaje się, że to tym dokumentem potwierdzono rozpoczęcie działalności pierwszej szkoły w Bartnikach. Dokument ten jest prawie cały w języku polskim, oprócz danych nadawcy i daty, które są w języku niemieckim. To trochę smutne, że Rosjanie okupując te ziemie około 120 lat nie zezwolili na utworzenie na tym terenie szkoły. Niemcy po ustąpieniu Rosjan też zapewne nie uczynili tego bezinteresownie. Być może był to element walki politycznej mającej przedstawić nowego okupanta w lepszym świetle niż ten poprzedni.
Polska wieś nie miała w okresie zaborów szans na dobrą szkołę. W okolicznych wioskach z gminy Puszcza Mariańska powstały jeszcze przed utratą niepodległości, w latach 1776-1780 jednoklasowe szkoły w Gzdowie, Łajszczewie Starym, Michałowie, Studzieńcu i Puszczy Mariańskiej. W Puszczy utworzono w 1834 roku szkołę przyklasztorną o rozszerzonym programie nauczania. Niestety została ona zamknięta w ramach represji po powstaniu styczniowym.
Oczywiście nie można powiedzieć, że nie było żadnego nauczania w naszych wioskach. Mój pradziadek Grzegorz Mińkowski nie chodził do żadnej szkoły, a potrafił pisać i czytać po polsku i po rosyjsku. Nie był w armii carskiej, więc tam się tego nie nauczył. Dzieci mojego prapradziadka Jana, których wyrosło w Grabinie 12 uczyły się czytać od jakiejś nauczycielki, która w nieznanych mi bliżej okolicznościach "była u niego". Tylko kilkoro ostaniach z tej dwunastki doczekało się szkoły Jana Kwiecińskiego. Pozostali pisali słabo, ale czytali wystarczająco dobrze. 

Jan Kwieciński, aby zostać nauczycielem ukończył mieszczące się na Ursynowie (dzisiaj dzielnica Warszawy) prywatne seminarium nauczycielskie. Matury z tej szkoły były uznawane przez niektóre zagraniczne uniwersytety. Szkoła ta powstała w majątku przekazanym przez hrabiego Adama Krasińskiego w 1906 do bezpłatnego używania dla seminarium nauczycielskiego. 
Dla osób zainteresowanych tym seminarium zamieszczam link do biblioteki cyfrowej, w której można zapoznać się z broszurą "Wskazówki dla wstępujących do prywatnego seminarium nauczycielskiego w Ursynowie" Podano tam szczegółowo, informacje dotyczące przedmiotów nauczania, opłat, pobytu w internacie. Ciekawa publikacja. Polecam. 

http://dlibra.umcs.lublin.pl/dlibra/doccontent?id=14231
(Proponuję inne przeglądarki niż chrome, która nie zawsze otwiera dokumenty z bibliotek cyfrowych.)
W szkole w Bartnikach pokazano również świadectwo Jana Kwiecińskiego z tego seminarium.

Świadectwo Jana Kwiecińskiego z 1914 roku.

Powyższe świadectwo wypisano w języku rosyjskim i polskim. Jego treść jest następująca:

"Prywatne Męskie Seminarium dla Nauczycieli Ludowych w Ursynowie (Powiat Warszawski)
Świadectwo
Kwieciński Jan
urodzony 15 lutego 1894r
wyznania rz. katolickiego
przyjęty 2 września 1914 r
na zasadzie egzaminu 
na I-szy kurs Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego
w Ursynowie
uczęszczał w ciągu 4-ch lat, w roku 1914
ukończył całkowity kurs nauki i złożył egzamin ostateczny
Kwieciński Jan
sprawował się wzorowo
i wykazał postępy:"

Zapewne na drugiej stronie znajdowały się oceny, ale na chwilę obecną nie mam fotografii strony odwrotnej.

Zajęcia w tej pierwszej, oficjalnej szkole odbywały się w wynajętych izbach chłopskich, co powodowało wiele niedogodności, ale najważniejsze, że szkoła była. 

1932 lub 1933 rok, uczniowie w szkole Jana Kwiecińskiego. Nauczycielka po prawej nieustalonego imienia Pani Piątkowska.

Uczniowie szkoły Jana Kwiecińskiego 1932-1938 w czasie "prac społecznych".

W 1930 roku szkoła była pięcioklasowa i powinna mieć 6 nauczycieli - pracowało 5. Uczniowie uczyli się w 5 "wypożyczanych" izbach o łącznej powierzchni 145m2. Zapisanych do niej było 232 uczniów podzielonych na 7 oddziałów. (BJ)
W 1935 roku pozyskano od hrabiego Sobańskiego działkę pod budowę szkoły. W 1938 roku oddano budynek do użytku szkoły. W latach 1937-38 do szkoły, która przekształciła się w szkołę siedmioklasową uczęszczało około 400 uczniów. Te liczby wskazują, na bardzo dużą liczbę uczniów w jednej klasie i dużą liczbę dzieci w naszych wioskach. 

Dnia 23 marca 1964 roku otwarto nowy budynek szkolny, w którym dzieci uczą się do dziś. 

Z przodu dawny, w tle nowy budynek szkoły.

Dnia 30 września 2002 roku Zespołowi Szkolno - Gimnazjalnemu nadano imię Jana Kwiecińskiego.
W 2013 roku rozbudowano budynek szkolny i powiększył się o nową halę sportową, pracownię komputerową i kilka sal lekcyjnych. 
Dzisiaj szkoła wygląda pięknie i stanowi wizytówkę tych wiosek nie tylko w sensie zasobu materialnego, ale głównie edukacyjnego, osobowego, kulturalnego. Oby tak dalej.
Mam nadzieję, że ten post rozszerzę jeszcze i dodam więcej informacji, ale dopiero po wizycie w szkole. 
Tyle na teraz.
Ewa
  




niedziela, 24 kwietnia 2016

Czynsze, kontyngenty, obowiązkowe dostawy i podatki.

Witam.
Ten wątek chciałabym poświęcić podatkom. Nie podejmuję się tutaj przeprowadzenia analizy, czy były one relatywnie duże, czy obejmowały wszystkie dziedziny działalności "gospodarczej" rolników. Chcę przedstawić kilka informacji, jakie w toku poszukiwań genealogicznych, niejako przy okazji, znalazłam w starych zachowanych dokumentach.
Nasze wioski powstały jako osada budnicka, więc nie były pańszczyźniane, ale oczywiście szybko zostały oczynszowane. Jak już podawałam, w 1789 roku w Lustracji Województwa Rawskiego podano, iż 41 osadników, płaciło łącznie czynszu rocznie 1344 zł. Nie mam danych, czy ta kwota obejmowała tylko podatek od gospodarstwa, czy też zsumowano tutaj jeszcze podatki z młyna, karczmy i barci oraz w jakim stopniu zależał on od powierzchni gospodarstwa. Trudno mi też określić, czy to było dużym obciążeniem, dla tych świeżo upieczonych włościan, byłych budników.
Następne informacje, jakie mam dotyczą podatków po uwłaszczeniu w 1864 roku. Mam kilka dokumentów notarialnych gdzie zapisano na przykład:


"... zagroda we wsi Grabina duża, powiatu łowickiego, gminy Bolimów, o powierzchni 18 mórg i 195 prętów z serwitutami, pastwiskami i opałem, z budynkami..., z której czynsz ... zgodnie z zaświadczeniem wójta gminy Bolimów płaconym 6 rubli, 21 kopiejek na rok..." (1885 rok)

Kolejne informacje pochodzą z okresu drugiej wojny światowej. Czasy okupacji niemieckiej, to rozbudowana biurokracja. Niemcy wprowadzili na przykład kenkarty - czyli rodzaje dokumentów tożsamości, w których oprócz podstawowych danych osobowych, zawodu, były dane dotyczące wyznania, zdjęcie, własnoręczny podpis i odciski palów. Przede wszystkim należało jednak ustalić kontyngenty, a te zależały od stanu posiadania. Spisywano więc powierzchnie gospodarstw, liczbę koni... Poniżej zamieszczam dwie strony takiego rejestru ze wsi Grabina.


Fragment Rejestru stanu posiadania koni dla wsi Grabina z 1941 roku.

Kolejne dokumenty dotyczą uiszczonych kontyngentów. Mam zachowanych sporo takich pokwitowań za kontynenty dotyczące siana, słomy, ziemniaków, żywca, nasion, zboża. Dla zainteresowanych zamieszczam kilka z nich.

Poświadczenie dostawy siana i słomy z roku 1942. Grabina.

Potwierdzenie dostawy nasion siewnych - seradeli. 

Potwierdzenie dostawy zboża - żyta 1943 rok. Grabina.

Poświadczenie dostawy żywca - bydła, 1943 rok. Grabina

Zaświadczenie o sprzedaży ziemniaków 1940.

Z opowieści rodzinnych dotyczących tych czasów wiem, że próbowano oszukać Niemców. Na przykład w chwili zbioru ziemniaków, gdy na polu usypywano kopiec, wykopywano dół, aby część ziemniaków znalazła się poniżej poziomu pola. Niemiec szacował ilość ziemniaków widoczną na powierzchni i określał, ile należało dostarczyć. Nie zdawał sobie sprawy, że część ziemniaków została ukryta. Niestety nie pytałam i nie słuchałam zbyt wielu opowieści o czasach wojny. Natomiast utkwiło mi w pamięci pewne gorzkie stwierdzenie, które było porównaniem lat okupacji i pierwszych lat Polski po wojnie. Otóż Niemcy w swojej gospodarności, nie zabierali chłopom ziarna na zasiew na przyszły rok. Natomiast nowa powojenna władza, która oczywiście miała ogromne potrzeby, nie zwracała na to uwagi. Obowiązkowa dostawa - tym razem już nie nazywano tego kontyngentem - była bezlitosna i należało realizować dostawy, bez względu na zbiór w danym roku. Dla tych polskich chłopów było to przejawem niegospodarności a nie mądrego gospodarowania. Jak można zabrać ziarno na zasiew na rok przyszły? Niestety, rolnicy indywidualni nie byli mile widziani w nowym ustroju państwowym. Próbowano zachęcić ich do przekazywania ziemi "na państwo", do tworzenia spółdzielni... Szło to w Polsce raczej marnie. Znowu mam sporo dokumentów dotyczących obowiązkowych dostaw dla państwa. Mam kilkanaście druków upomnień dla chłopów, za niezrealizowane w pełni dostawy ziemniaków, żywca, zboża, mleka, jaj. Oczywiście byli też obciążeni różnymi podatkami, obowiązkowymi ubezpieczeniami budynków, a nie byli objęci, jak już kiedyś zauważyłam, darmową opieką medyczną i dla mojej prababki wystawiono rachunek za przyjazd pogotowia wystawiony kilka dni po jej śmierci...
Poniżej kilka najciekawszych pism, pisemek i ponagleń z tych czasów. 

Nakaz płatniczy na podatek wojskowy. 1845 roku.

Zaświadczenie dotyczące dostawy zbóż 1952 rok. Grabina.

Wezwanie do wykonania świadczeń rzeczowych w naturze - świadczeń drogowych - dniówek pieszych i zaprzęgowych. 1949 rok. Grabina

Wezwanie płatnicze dotyczące ubezpieczenia. 1952 rok. 


Nakaz płatniczy na podatek gruntowy. 1950 rok. Grabina.

Informacja dotycząca ubezpieczenia krowy i konia 1850 rok.


Informacja dotycząca podatku gruntowego, drogowego i składki na odbudowę Warszawy. 1850 rok. 

Podatki, kontyngenty, opłaty, cegiełki na budowę Pomnika Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Tak było krótko po wojnie.
Dzisiaj podatek PIT, VAT... Jak w tym powiedzeniu Beniamina Franklina: 
"Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki." 
Ewa









sobota, 23 stycznia 2016

Ataki gazowe pod Bolimowem w 1915 roku.

Witam.
Przybliżając wydarzenia z okresu pierwszej wojny światowej rozgrywające się w okolicach Bolimowa zamieściłam fragmenty publikacji z tamtego okresu. Zdałam sobie natomiast sprawę, że większość znanych mi osób mieszkających w okolicy Bolimowa ma świadomość, że miały tu miejsce ataki gazowe, ale nie znają ich dat, okoliczności, strat.
Dla osób zainteresowanych tą tematyką polecam świetną, moim zdaniem, książkę Stanisława Kalińskiego "Ataki gazowe w bitwie pozycyjnej 9. Armii Niemieckiej nad Rawką i Bzurą 1914-1915". Książkę polecam, gdyż oprócz merytorycznych wiadomości zawiera dużo unikalnych fotografii.



Posiłkując się wiadomościami z tej książki zamieszczam krótkie kalendarium z tych wydarzeń. 

Poniższe wydarzenia były udziałem 9. Armii Niemieckiej na ziemiach polskich: 
  • 17-25 grudnia 1914 - bitwa pod Łodzią.
  • 6 grudnia 1914 - zajęcie Łodzi przez 9. Armię Niemiecką,
  • 17 grudnia 1914 - zajęcie Łowicza przez I Korpus Rezerwowy
Stary dworzec w Łowiczu.
  • 18 grudnia 1914 - zdobycie przyczółka w rejonie Kozłowa Szlacheckiego,
  • 20 grudnia 1914 - szturm Dołowatki i Kurabki,
  • 21 grudnia 1914 - zdobycie Rawy Mazowieckiej,
  • 22-28 grudnia 1914 - walka na przyczółku w Kamionie nad Rawką,
  • 25 grudnia 1914- 1 stycznia 1915 - atak na Borzymów,
  • 30 grudnia 1914 - atak na linii od Mogił do Kozłowa Szlacheckiego.

Styczeń 1915 - pierwszy test wypuszczenia chloru z cylindrów na poligonie w Koln-Wahn

  • 2 stycznia 1915 - zajęcie wsi Mogiły i majątku Borzymów,
  • 3 stycznia 1915 - utrata Mogił,
  • 4 stycznia 1915 - odzyskanie Mogił
  • 31 stycznia 1915 - ofensywa w rejonie Humina
  • 1 lutego 1915 - drugi dzień bitwy o Humin, zdobycie majątku Wola Szydłowiecka,
  • 7 lutego 1915 - wizyta Cesarza Wilhelma II w Nieborowie,
  • 31 maja 1915 - pierwszy atak gazowy nad Rawką w rejonie Bolimowa,
  • 12 czerwca 1915 - drugi atak gazowy w rejonie Kozłowa Biskupiego,
  • 6 lipca 1915 - trzeci atak gazowy nad Rawką w rejonie Bolimowa
  • 17 lipca 1915 - opuszczenie przez Rosjan pozycji nad Rawką i Bzurą
  • 1 sierpnia 1915 - wysadzenie mostów na Wiśle przez Rosjan,
  • 5 sierpnia 1915 - 9. Armia Niemiecka wkracza do Warszawy.
Pierwszy atak gazowy na froncie wschodnim planowany był na dzień 23 maja 1915 roku i miał być przeprowadzony na odcinku Wola Szydłowiecka - Zakrzew. Przygotowania zakończono w terminie, to jest 22 maja i oczekiwano na pomyślny wiatr. Atak przełożono najpierw na dzień 24 maja, a później na 31 maja. Atak rozpoczął się w rano o 2:30 rano i w kierunku żołnierzy rosyjskich przesuwała się żółto -zielona chmura gazu. Jak podaje Stanisław Kaliński, większy podmuch wiatru popchnął gaz ponad pierwszą linią i największe straty ponieśli rosyjscy żołnierze w drugiej linii i na zapleczu.

"W okopach panika... Żołnierze, a nawet oficerowie, kładli się na ziemię, chowali do rowów i dołów, gdzie gaz tem skuteczniej ich zatruwał. Tylko nieliczne jednostki wiedzione intuicją, lub obserwujące z zimną krwią nowe zjawisko, zdołały częściowo uchronić się od działaniu gazu, włażąc na dachy chałup, lub na drzewa, gdzie jak skutecznie zauważyli, koncentracja gazu była mniejsza... "

Straty rosyjskie w czasie tego ataku szacowano podawano różnie i trudno wskazać pewne liczby. Niektóre szacunki określały je na około 9038 zatrutych i 1183 zmarłych na miejscu, ale są też inne wskazujące 7800 zatrutych, 1100 zmarłych lub 8934 zatrutych i 1101 zmarłych. Całkowite straty niemieckie tego dnia to 374 żołnierzy. 
Oczywiście atak gazowy był "dodatkiem" do ataku artyleryjskiego.

W czerwcu Niemcy przygotowywali się do kolejnego ataku gazowego. Atak planowany początkowo na 10 czerwca w oczekiwaniu na pomyślny wiatr przełożono do 12 czerwca, to wtedy w trakcie ataku wiatr zmienił kierunek i gaz wrócił w stronę stanowisk niemieckich. Zawory butli zostały wówczas zakręcone, ale ostatecznie 350 żołnierzy niemieckich wówczas zmarło od gazu. Żołnierze ci byli w prawdzie zaopatrzeni w specjalnie zabezpieczające tampony, które należało nasączyć płynem dla ochrony, ale z powodu ciepła, tampony szybko wysychały i nie zapewniły należytej ochrony. Nie znam listy zmarłych pośród tych zatrutych. Atak oczywiście później kontynuowano i znowu Rosjanie ponieśli wielkie straty. Według jednego z zanotowanych szacunków 12 czerwca zatruło się 3100 rosyjskich żołnierzy, z czego 1200 zatruło się śmiertelnie.

Kolejny gazowy atak zaplanowano na 15 czerwca, ale do niego nie doszło.
Wreszcie trzeci atak na linii Wola Szydłowiecka -Zakrzew ma ciągle zmienianą datę ze względu na wiatr i dochodzi do niego 6 lipca 1915 roku. Tutaj na linii chloru stanęło rosnące między okopami - żyto, które zatrzymało gaz. Gaz się cofnął i Niemcy zaczęli uciekać. Gaz zabił też niemieckich żołnierzy.
Jeśli idzie o straty rosyjskie, to część zatrutych żołnierzy w liczbie około 2000 przewieziono do klasztoru w Szymanowie, ale większość przewieziono do Warszawy.


Było lato, trzeba było szybko grzebać zatrutych. Powstawały wielkie hałdy - mogiły w okolicznych wioskach. Niektóre w okresie dwudziestolecia międzywojennego przybrały formę dość dostojną, jak mogiła w Huminie, a niektóre wyglądają dzisiaj jak niepozorne pagórki, na których chyli się jeszcze jakiś, coraz mniejszy krzyż. Kiedy byłam mała zawsze grozą napawały mnie te mogiły w Miedniewicach, na których ja pamiętałam dwa krzyże, jeden był prawosławny... Kiedy ostatnio tamtędy przejeżdżałam, to tak jak mój ojciec kiedyś, opowiadałam o tej mogile moim dzieciom. Tylko dzisiaj te mogiły jakoś mi zmalały, porosły krzakami...

Dnia 17 lipca 1915 roku Rosjanie wycofali się z rejonu Bolimowa i Rawki. Przy tej okazji Rosjanie zabrali też wiele cennych dokumentów, które według wiedzy polskich archiwistów mają w swoich archiwach zamknięte do dziś. Raczej nie ma nadziei na ich odzyskanie... 

Ewa

sobota, 12 grudnia 2015

Nasze Kapliczki

Witam.
Wątek emigracji do Ameryki zaowocował zakupem książki "Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych 1890-1891". Lektura świetna i do wątku emigracyjnego powrócę, gdy przeczytam całą książkę.
Dzisiaj mogę wreszcie zaprezentować nasze kapliczki. Możliwe, że dla współczesnych młodych ludzi stanowią one jakiś folklorystyczny element krajobrazu wioski. Inaczej to wyglądało dawniej. Dawniej kapliczki i krzyże stawiano na rozstajach dróg, na krańcu wsi, na miejscach ważnych dla społeczności... Były miejscem, gdzie żegnano się z tym, który wioskę opuszczał, były informacją, że przeszła zaraza, ale były przede wszystkim miejscem na chwilę modlitwy. Do dzisiaj w krajobrazie wiosek w maju można zobaczyć modlące się kobiety, dzieci, czasem mężczyzn. W czasach mojego dzieciństwa obowiązkowo należało przeżegnać się przechodząc obok krzyża, czy kapliczki. Pamiętam, że moja kuzynka, żartowała, że w jej wiosce musi żegnać się na każdym skrzyżowaniu...
Dzisiaj troskę o kapliczkę i krzyż przejawiają chyba głównie starsi mieszkańcy. Oni widzą jeszcze potrzebę ich odbudowywania, przyozdabiania, a nawet fundowania nowych - jako podziękowanie za doznaną łaskę...
Mamy więc w naszych wioskach kapliczki nadrzewne, malutkie skrzyneczki z figurką, oszklone i zdobione, zarówno w centrum wioski jak i na skraju, tam, gdzie kończą się zabudowania...


Kapliczki w Grabinie i Bartnikach. 


Mamy kapliczkę słupową, chyba najcenniejszą i najstarszą, bo pochodzącą z 1861 roku, ufundowaną jak zapisano, przez Jana Czaplarskiego i Iwonę Salomon. Prosta, skromna, ale przecież piękna, świadcząca o potrzebie upamiętnienia, czego? Może ktoś wie...

Kapliczka w Bartnikach z 1861 roku.

Mamy wreszcie okazałe murowane kapliczki. Kiedyś były one wybudowane z kamienia, albo słabej cegły. Dzisiaj zostały odnowione, odbudowane z klinkieru, przez co zatraciły - moim zdaniem - swój urok naturalności i prostoty. Prawda, że ten zabieg odbudowujący sprawił, że przetrwają kolejne lata, że są jakby kontynuacją tych dawnych kapliczek, że odtwarzają poprzednią bryłę, a jednak te kamienne, pozostają świadectwem swoich czasów...
 

Kapliczki w Grabinie. Kapliczka po prawej z 1958 roku.


Kapliczka w Grabinie, czy Bartnikach, u zbiegu wiosek i można się pomylić. Jednak Bartniki.



Kapliczka w Bartnikach. 
W kapliczce po lewej umieszczono napis "PODZIĘKOWANIE MATCE PRZENAJŚWIĘTSZEJ ZA WSZYSTKIE ŁASKI KTÓRE DOZNAŁAM
DN. I.V.1857R
Za kapliczką tą stoi osobny drewniany krzyż. 
Kapliczka w Bartnikach.

W kapliczce, z boku umieszczono tablicę z napisem:
"OD POWIETRZA GŁODU OGNIA I WOJNY - ZACHOWAJ NAS PANIE 
OD NAGŁEJ NIESPODZIEWANEJ ŚMIERCI - ZACHOWAJ NAS PANIE JEZU CHRYSTE. Kapliczka odbudowana. 

Jedna z kapliczek w Grabinie, która jest mi szczególnie bliska, bo kiedyś mieszkałam w pobliżu niej była jakby podwójna. Oprócz kapliczki murowanej - obecnie wybudowanej od nowa- towarzyszy jej -podobnie jak tej w Bartnikach -osobny krzyż. Do tej pory nie zastanawiałam się nad "zasobnością" tego miejsca. Od razu pojawiają się pytania, co było pierwsze, krzyż, czy kapliczka. Dlaczego do krzyża dodano kapliczkę, czy na odwrót, co takiego miało tutaj miejsce, że zachowały się aż dwa okazałe symbole religijne w jednym miejscu. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że widząc to miejsce tysiące razy nie dostrzegłam jego wyjątkowości. Dopiero zestawienie zdjęcia z innymi kapliczkami pokazało mi jego wyjątkowość. Pierwotna kapliczka była z 1905 roku, odbudowana jest z 2001 roku.


Kapliczka w Grabinie.

Wreszcie krzyże. Budowane były zwykle na końcu i początku wsi. Czasem stawiano je w podzięce za uratowanie życia, czy otrzymane łaski. Dla mnie szczególnie bliski był krzyż w Bartnikach w pobliżu skrzyżowania z ulicą Dużą prowadzącą z Grabiny. Codzienna droga do szkoły wiodła przecież obok tego białego drewnianego krzyża. Drewno, jest piękne, ale trudno je utrzymać latami. Dzisiaj mamy tu duży krzyż metalowy, postawiony jak zapisano na tabliczce w 2002 roku. 
Na fotografii po prawej stronie krzyż, który omyłkowo przypisałam do krzyża w drodze na Grabie. Ten krzyż stoi w Budach Grabskich, podobno z lufy armatniej... To sprostowanie po słusznym komentarzu czytelnika. Krzyż pamiętał dobrze mój brat i chciał go uwiecznić. Zawiodła wymiana informacji i błędnie przypisałam go do krzyża w drodze na Grabie. 

 
Krzyż w Bartnikach.                                          Krzyż w Budach Grabskich.

Oczywiście strażacy w Grabinie mają swojego "Św. Floriana"...
Św. Florian przed remizą w Grabinie.

Kapliczki z Radziwiłowa są mi nieco mniej znane. Jedna z nich na dzisiejszej ulicy Środkowej została wybudowana na nowo w kwietniu 1996 roku posiada i krzyż i kapliczkę. Na ulicy Spacerowej mamy krzyż na skraju lasu. 

Kapliczka w Radziwiłłowie, ul. Środkowa.

Krzyż w Radziwiłłowie, ul. Spacerowa.


I na koniec kapliczka, która mnie zasmuciła. Być może ktoś, kto o nią latami dbał już odszedł, być może ucierpiała przy okazji remontu kolei. Dopiero zdjęcia uświadomiły mi, że trzeba ją ratować...
Cała konstrukcja niebezpiecznie się przechyla, cokół pękł na dwie części. Ozdoby są jeszcze obfite, ale konstrukcja zdecydowanie wymaga ratunku.

Kapliczka w Radziwiłłowie.

We wszystkich naszych dużych kapliczkach główną postacią jest Maryja i krzyż. Niektóre z nich gromadzą jeszcze mieszkańców na modlitwę, niektóre popadają w ruinę - choć z radością należy przyznać, że nieliczne- ale zawsze pozostają pamiątką po przodkach i ich religijności.

To wydaje mi się wszystkie kapliczki w Grabinie i Bartnikach.Wydaje mi się, że to już wszystkie kapliczki z Radziwiłowa, ale jeszcze muszę odwiedzić, wszystkie zakątki i ścieżki. Mam nadzieję, że już wkrótce. 
Ostatnio kupiłam "Wędrówki po gminie Puszcza Mariańska - nowa odsłona". Tam opisano najciekawsze gminne kapliczki. Jest też kilka powyższych ze wskazaniem fundatora i okoliczności powstania.
Powyższe zdjęcia wykonałam ja i mój brat. Za co mu w tym miejscu dziękuję.
Ewa







sobota, 28 listopada 2015

Do Ameryki!

Witam.
Poznałam w ogólnym zarysie życie kilku pokoleń moich bezpośrednich przodków. Żartobliwie mówię czasem, że przez dwa i pół wieku siedzieli w czterech sąsiednich parafiach: Bolimów, Szymanów, Wiskitki, Jeruzal. Ostatnio znalazłam sobie utrudnienie i jeden z moich przodków o nazwisku Jerominko (pisany też Jerominek, Herominko, Gerominko) przybył około 1818 roku na Mazowsze z Guberni Kijowskiej z wioski Szamrajiwka. Znalazłam ją wreszcie w tej guberni, w rejonie skwyrskim - 830 km od miejsca w Polsce, gdzie się ożenił. Moi siedzieli jednak raczej na jednym miejscu, ale ogromne rzesze Polaków w końcu XIX wieku zaczęły wyjeżdżać do Ameryki. Kiedyś zainteresowałam się tą tematyką, bo krewni mojego męża wyjeżdżali do Ameryki. Poznałam też historię dwóch rodzin, które wyjechały  do Brazylii w czasie tak zwanej "gorączki brazylijskiej". To są niesamowite historie, ale nie o nich chcę tutaj teraz pisać.
Chciałam dowiedzieć się, czy emigracja do Ameryki objęła też nasze wioski. Po uwłaszczeniu w 1864 roku gospodarstwa jeszcze jakoś wystarczały na wykarmienie rodzin. Mam tu swojego Rocha, który z jedenaściorga dzieci doczekał się 2 wnuków. Za 50 lat na jego gospodarstwie wychowa się u jego prawnuczki 12 dzieci. Po sąsiedzku też bywało w domach sporo dzieci. W drugiej połowie XIX wieku pogorszenie doli chłopa wynikało jeszcze z jednej przyczyny. Otóż Ameryka zaczęła sprzedawać do Europy Zachodniej swoje zboże. To był dodatkowy cios - poza przeludnieniem - który sprawił, że sytuacja na polskiej wsi uległa pogorszeniu. Do tej pory, małe gospodarstwo jeszcze jakoś wyżywiło sowich, ale z chwilą, gdy nadwyżki zboża nie dało się już sprzedać na zachód, bo zboże z Ameryki było tańsze, nie wystarczało już na utrzymanie. Niektóre dzieci chłopskie nie mogły już liczyć na własne gospodarstwo, mogli iść na służbę do pana, ale dla gospodarskiego syna była to degradacja społeczna. Niektórzy poszli do fabryki, ale to też nie było dla chłopa pożądane rozwiązanie problemu biedy. Szybko okazywało się, że w fabryce pracuje się tylko na chleb, nie można wypracować nic dla siebie. Nie wszyscy mogli zresztą pracować w  fabryce w Żyrardowie... Pozostawała Ameryka. Początki emigracji do Ameryki z ziem polskich to lata czterdzieste XIX wieku, ale wtedy wyjeżdżało jeszcze niewielu. Taka wielka emigracja zaczyna się jednak w drugiej połowie XIX wieku, gdzieś od lat 80-tych, 90-tych. Skąd  chłopi wiedzieli o Ameryce? Różnie. Niektórzy powtarzali wieści zapisane w liście jakiegoś emigranta, który zachwalał rodzinie Amerykę. Oczywiście wieści te bywały czasem dobre, czasem złe, a plotka je zwielokrotniała. Wielu chłopów spotykało na odpuście, czy jarmarku agitatorów firm świadczących usługi przewozowe. Mówili oni, że "w Brazylii nie trzeba pracować, bo chleb rośnie tam na drzewach, a owoce są w takiej obfitości, że aż gniją. Nie potrzeba również używać światła, bo jest jasno od brylantów, które leżą w ogromnych ilościach na ziemi."
Generalnie ludzie jechali z biedy, a impulsem bywał zatarg w rodzinie, brak miejsca na gospodarstwie i marzenia o wyjściu z biedy, a może bogactwie. Zjawisko to objęło najliczniej mieszkańców zaboru austriackiego i Mazowsza północnego.
Z moich ustaleń i wywiadów rodzinnych wynika, że ta wielka fala emigracji nie objęła z takim natężeniem naszych wiosek. Wiem, że młodzi mężczyźni z sąsiednich wiosek wyjeżdżali do pracy, "dorobić się" do Francji. Był to jednak wyjazd najczęściej na kilka lat. Po zarobieniu jakiejś sumy wracali i kupowali kawałek ziemi. 



Reklamy firmy "ułatwiającej" emigrację.

Jedyna rodzina, o której wiem, że pochodziła z Grabiny i młodzi mężczyźni odważyli się wyjechać do Ameryki, to rodzina Traczyków. Dla tych, którzy chcą przeszukać listy pasażerów przypływających do USA polecam stronę:
http://www.libertyellisfoundation.org/passenger
Strona jest w języku angielskim, ale po zalogowaniu, które jest darmowe, można znaleźć takie listy pasażerów:
... z 1903 roku pozycja 7 - Tomasz Traczyk, 27 lat, robotnik, Polak, z Grabiny...

 ... druga część wskazuje, że ma brata Jana Traczyka...

Obaj powyżsi Traczykowie urodzili się w Grabinie - Jan w 1868, a Tomasz w 1875 roku. Sprawdziłam na szybko w swoim drzewie genealogicznym i oczywiście są moimi dalekimi krewnymi - jak chyba połowa tych wiosek ;-)
Szukałam innych potencjalnych mieszkańców Grabiny, Bartnik czy Radziwiłłowa. Znalazłam Dwórskich, Mińkowskich, Bogusiewiczów, Michalaków, ale nie mam pewności, czy pochodzą z naszych wiosek. Miejscowości zapisane po angielsku, na podstawie tego najpierw, co usłyszał urzędnik na wyspie Ellis Island, a później odczytał indeksujący je współcześnie Amerykanin są czasem bardzo dalekie od tego, czym były w rzeczywistości. Zapisano na przykład: "Cechanof" zamiast Ciechanów, "Knapow" zamiast Kraków...
Nasza wioska nie różniła się bardzo od sąsiednich, ale pewnych przypadków emigracji poza Traczykami nie potrafię, póki co, wskazać. Może ktoś wie...
Wiem, że śmielej emigrowali młodzi ludzie z Żyrardowa, Skierniewic, Łodzi. Zwykle byli to robotnicy, którzy poza swoją siłą i fachem, nie posiadali wiele.
Ewa


niedziela, 1 listopada 2015

Mieszkańcy naszych miejscowości w carskiej armii.

Witam.
Dzisiaj o chciałabym napisać kilka słów o tych spośród naszych przodków, którzy musieli służyć w carskiej armii.
Zasady poboru do armii zmieniały się na przestrzeni lat i obejmowały różne okresy służby - od służby dożywotniej, przez okres dwudziestopięcioletni, do 15 lat, z czego około 6 lat czynnej a resztę, jeśli nie było wojny, można było spędzić na "urlopie rezerwisty". Gdzieś przeczytałam, że w czasach służby 25 - letniej, gdy młody człowiek szedł do armii, żegnała go cała wieś. To pożegnanie było czymś w rodzaju stypy. Mało kto liczył, że się jeszcze spotkają... Podobno, ci którzy wrócili mieli też duże problemy z odnalezieniem się w swojej wiosce, w nowej codzienności. Zindeksowałam ponad 2500 małżeństw z dziewiętnastego wieku i tylko jeden raz napotkałam ślub ocalałego mieszkańca Bartnik, który wrócił z armii po 25 latach służby.  Z ciekawości sprawdziłam, że po tym ożenku mieszkał w Małych Łąkach i urodziło mu się kilkoro dzieci. Wydaje się jednak, że to była nieczęsta sytuacja.
Przytoczę tutaj kilka informacji znalezionych w Internecie o tym, jak wyglądała służba po 1874 roku. O tym okresie, mogły zachować się jeszcze jakieś opowieści w rodzinie, może jakieś zapiski, zdjęcia...
"Od 1874 roku wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej. Według prawa przed komisjami sprawdzano wszystkich młodych mężczyźni w wieku 21 lat. Z każdego rocznika wybierano, najzdrowszych około 20 - 25% do czynnej służby metodą losowania. Zwalniano: inwalidów, kaleki ruchu, głuchoniemych, chorych na gruźlicę, epilepsję, mających niedorozwój umysłowy lub chorobę umysłową, syfilityków i osobników niskiego wzrostu (mniej niż 154 cm. Symulujących chorobę umysłową skrupulatnie sprawdzano (zwykle symulanci udawali „za bardzo”), a tych, którzy nie mieli wymaganego wzrostu mierzono ponownie za 3 miesiące i jeszcze za kolejne 3 miesiące. Nie podlegał wcieleniu do armii także: jedyny syn, jedyny żywiciel w rodzinie, a także ci, których starszy brat służył lub służy w wojsku, (jeśli młodszy opiekował się rodzicami). Wcieleni do wojska pozostawali w nim długo, w wojskach lądowych - 15 lat, z czego w służbie czynnej 6 lat i 9 lat w rezerwie, we flocie - 7 lat w służbie czynnej i 3 lata w rezerwie. Czas czynnej służby skracano odpowiednio: do 4 lat dla posiadających świadectwa ukończenia wiejskiej szkoły podstawowej, do 3 lat dla tych, którzy mieli skończoną szkołę podstawowa miejską, do 1,5 roku - dla absolwentów gimnazjum i do 0,5 roku - dla absolwentów wyższych uczelni. Taki system trwał do I wojny światowej (1914 r.). Żołnierz otrzymywał dwa mundury, czapkę i furażerkę. Miało to wystarczyć na dwa lata. Po upływie tego okresu, mundur przechodził na własność żołnierza. Szynel, czyli wełniany płaszcz był przewidziany na trzy lata (w gwardii na dwa), po upływie tego czasu również przechodził na własność prywatną. Ciekawie sprawa wyglądała w przypadku zimowej czapki uszytej z baraniej skóry (barankowa czapka). Otóż była ona przewidziana na 6 lat, a ponieważ wykonanie jej było dość drogie, to w niektórych regimentach przydzielano ją na cały okres służby tj. 15 lat, i – co szczególnie dziś bawi - po wyjściu do cywila, taki szeregowy miał zdać czapkę do... magazynu. Żołnierz otrzymywał jeszcze po dwie pary: kaleson i onuc, butów, koszul oraz krawat i rękawice. Dodatkowo, dawano jeszcze materiał na uszycie sobie trzeciej koszuli oraz skórę i podeszwy na sporządzenie trzeciej pary butów."
W armii carskiej bardzo dbano o to, aby ¾ żołnierzy stacjonujących na ziemiach polskich stanowili Rosjanie, dlatego Polaków wysyłano do okręgów w głąb Rosji, na Kaukaz, na wojny z Turcją, Japonią...
Trzeba przyznać, że wyjątkowego pecha mieli ci, którzy 6 lat służby kończyli tuż przed pierwszą wojną światową, gdyż nie wrócili do domu, ale spędzili jeszcze 4 lata na wojnie. Przytrafiło się to jednemu mojemu pradziadkowi i dwóm prastryjom.
Szczególnie trudne były losy takich "młodych małżeństw", które rozdzieliło 6 lat pobytu męża w armii. Samotne kobiety, często rodziły nieślubne dzieci, co skrupulatny ksiądz odnotowywał z pełną surowością "której mąż, od czterech lat w armii przebywa". Jeszcze trudniejsze były jednak sytuacje, gdy  mąż nie umarł, ale wieść o jego śmierci dotarła do żony. Znalazłam ostatnio taki akt urodzenia chłopca, z parafii Bolimów, którego urodziny zgłasza ojciec, mąż matki.  Ksiądz zapisał jednak, że to małżeństwo jest teraz nieważne, bo pierwszy mąż uznany od kilku miesięcy za zmarłego wrócił. To nie były wcale rzadkie przypadki. Mam taki przykład w mojej bliskiej rodzinie. Dwóch sąsiadów poszło razem do armii. W czasie bitwy obaj byli ranni. Zostali rozdzieleni. Jeden z nich w szpitalu wyzdrowiał, ale ze względu na stan zdrowia wrócił do domu. Tam zeznał, że sąsiad zginął obok niego w okopie. "Wdowa" z dwójką dzieci nie pozostała więc samotna i wyszła za mąż. Jakież było zdziwienie, gdy mąż po wojnie wrócił...
Armia z pewnością odciskała piętno na życiu tych, którzy przez nią przeszli. Ten mój pechowiec pradziadek Bronisław przywiózł z niej takie oto zdjęcie.

Poniżej to samo zdjęcie, które trochę mozlonie poprawiam.


Pradziadek to ten po środku. Kiedy szedł do armii, jego przyszła żona mieszkająca po sąsiedzku machała mu ręką na pożegnanie jako mała dziewczynka. W tej armii grał na klarnecie. Jak pisałam spędził tam 10 lat, ale nie chciał o tym co tam przeszedł opowiadać... 
Pośród tych, którzy przeżyli sześcioletnią służbę w carskiej armii i wrócili do domu, większość okazała się bardziej zaradna, obyta, postępowa. No cóż, wydaje się, że choć ta służba była niebezpieczna, pełniona niechętnie, pełniona na służbie zaborcy, to dawała pewien bagaż doświadczeń, który procentował  też w zwykłym życiu. 

Na koniec zamieszczam ocalały w mojej rodzinie dokument, jaki dostawał żołnierz po opuszczeniu armii. Dotyczy on mojego pradziadka Jana Kowalskiego z Grabiny.


Treść pierwszej kolumny:
Nr. 87                   Pocz Nr 19
Kowalski
Jan Pawłowicz
Szeregowy
Początek służby:
1.01.1882.
Do rezerwy:
22.02.1887r
Przeznaczenie
Skierniewice

Treść drugiej kolumny: 
Karta po służbie                                                                             Zaczął pod Nr 19
Kowalski Jan Pawłowicz szeregowy                                     Po służbie Nr 87
1.      Przyjęty do służby Łowickiego powiatu
2.      Z chłopów
3.      Wyznania katolickiego
4.      Początek służby 1 stycznia 1882r.
5.      Służył w L Gw Jegierskom pułku (Lejb Gwardyjskim)
6.      Zwolniony do rezerwy 22 lutego 1887 r
7.      „Mistrzostwo” nie osiągnął
8.      W kampanii  nie był
9.      Medale i odznaczenia – nie ma
10.   Karany – nie był
Wzywać Skierniewice

Jeśli ktoś z Was napotka w akcie ślubu swojego przodka, że pan młody to "zapasnyj sałdat" to znaczy, że po kilku latach w armii wrócił i zwykle w wieku około 28 lat nareszcie mógł założyć swoją rodzinę...

Na koniec zdjęcie jegierskiego pułu. Na takim zdjęciu zwykle mieścił się cały pułk, a żołnierze ustawiali się na specjalnym "rusztowaniu".

Zdjęcie pułku armii rosyjskiej.

Wielu zginęło i spoczęło w bezimiennych mogiłach. Rosjanie nie dbali przesadnie o upamiętnienie swoich żołnierzy. Wszak mówili " u nas mnogo ljudiej" i jeden, czy dwóch zmarłych nic nie znaczyło. Zastąpiono ich przecież kolejnymi... Ci którzy w tej armii polegli, nie zostali już zwykle w naszej pamięci, nikt nie odwiedził ich grobów, bo nie miał kto... To, tak przy okazji 1 listopada.
Pozdrawiam Ewa

sobota, 31 października 2015

O wizytach naszych przodków u rejenta.

Witam. 
Dzisiaj o wizytach naszych przodków u rejenta - notariusza. 
Póki mieszkańcy naszych wiosek byli budnikami, to można powiedzieć, że nic do nich nie należało. Zamieszkali w lasach, które miały swoich właścicieli. Dla naszych terenów były to królewszczyzny oddane później w dzierżawę. Budników oczywiście szybko opodatkowano, ale jak wspomniałam we wcześniejszym poście mieli, chociaż tyle dobrego, że nie odrabiali pańszczyzny. Od czasów Napoleona, a ściślej od roku 1807 wszyscy chłopi odzyskali wolność osobistą, ale nadal nie mieli ziemi. To znaczy, że mogli opuścić zamieszkiwaną wioskę, ale nie mogli zabrać nic ze swego dorobku. Mówimy dziś, że Napoleon „zdjął im kajdany razem z butami”. Sytuacja istotnie zmieniła się w 1864 roku, kiedy to car Aleksander II dokonał uwłaszczenia chłopów. Oczywiście nie należy postrzegać tego jako jego wspaniałomyślność, tylko próbę odciągnięcia chłopów od powstania styczniowego. Dla mieszkańców Humina czy Woli Szydłowieckiej, to była istotna zmiana wyzwalająca ich od pańszczyzny, ale dla potomków naszych budników znaczyło to tyle, że mogli swoją ziemią dysponować.

Początkowo nie przypuszczałam, aby ci prości, niepiśmienni ludzie korzystali zaraz po uwłaszczeniu z usług notariusza. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ustaliłam, że mój przodek Roch, o którym pisałam niedawno, w 5 lat po uwłaszczeniu udał się do rejenta Romana Wolskiego w Łowiczu. Spisano tam akt notarialny. W moim odczuciu był to śmiały krok i nie wiem, co do końca było jego przyczyną. Może było prozaicznie. Może chcieli mieć na piśmie, do kogo ta ziemia ma w przyszłości należeć. Najobszerniejszym fragmentem takiego aktu nie były jednak informacje, kto ile ziemi dostaje, ale alimenty, jakie należało ustalić dla rodziców. Roch zadysponował ziemią, określił alimenty i zatroszczył się o los wnuka…

Fragment aktu notarialnego z 1869 roku dotyczącego rodziny Rocha.

W powyższym fragmencie zapisano:
(Jan Lewandowski)…pod Nr. 10 zapisanej obowiązuje się rodziców swoich Rocha i Elżbietę z Bogusiewiczów Małżonków Lewandowskich po najdłuższe, ich lat życia przy sobie utrzymywać, żywić, przyodziewać, dać pomieszkanie wraz z sobą, w miarę stanu i możliwości a to bez żadnego za to wynagrodzenia – Nadto-
§II Jan Lewandowski obowiązuje się wypłacić Ignacemu Michalak summę Rubli srebrnych sześćdziesiąt, onego przy sobie wychować i wesele wyprawić to wszystko pod egzekucją z aktu tego służącą.
§III Roch Lewandowski zobowiązania powyższe Jana Lewandowskiego we wszystkiem przyjmuje i akceptuje...

Powyższy dokument, co trochę zaskakujące, jest jeszcze w języku polskim. Jedną z represji po powstaniu styczniowym, było prowadzenie dokumentów w języku rosyjskim.
Odnalazłam około 10 trochę późniejszych zapisów notarialnych dla moich przodków mieszkających w Grabinie.
Zamieszczę jeszcze fragment przetłumaczony z języka rosyjskiego dotyczący podziału ziemi i alimentów.

(z 1885 roku)
Tym aktem Jan syn Józefa … całą swoją część w tej zagrodzie, w ziemi budynkach i ruchomościach sprzedaje w posiadanie stającemu Janowi synowi Wojciecha … i żonie jego córce swojej Mariannie, wdowa Rozalia … całą swoją część w tej zagrodzie czyli całą połowę i serwituty ze wszystkimi prawami i przynależnościami  sprzedaje i odstępuje po połowie tym  Janowi i Mariannie małżonkom ...i równo (obdarowanemu) Ignacemu …i żonie Mariannie urodzonej …, oboje oni Jan  …  i wdowa Rozalia … w prawa swoje kupujących podstawia i uprawnia przepisać  prawa własności na ich imiona z tym że we własność a) Jana i Marianny małżonków … odstąpi połowę całej ziemi  i serwitutów ze strony gospodarza Piotra .., mieszkalny dom, murowaną piwnicę, połowę stodoły nową szopę bydlęcą i płoty b) w własność Ignacego i Marianny małżonków … odstępuje drugą połowę ziemi i serwitutów od strony Leopolda …, połowę stodoły z tej strony także starą bydlęcą szopę z chlewami. 3 Jan … i Ignacy … oświadczają że są im znane prawa i stan tej zagrody wszystko akceptują  i sprzedaż przyjmują, zarówno Ignacy … jak i Jan … utwierdzają wzajemnie i ich żony w prawach własności 4° Cena sprzedaży za połowę zagrody sprzedaną małżonkom …  wynosi 475 rubli a za część sprzedaną małżonkom … 225 rubli  czyli 700 rubli i z niej odejmuje się Janowi … według swoich wyżej wskazanych aktem suma trzysta rubli i przypadająca … aktem N422/69 rok 60 rubl.i Jan … i Ignacy … zobowiązują się zapłacić wdowie Rozalii … po połowie czyli po 50 rubli na jej zażądanie na wydatki  bez procentów, a oprócz tego Jan …  i Ignacy… zobowiązują się wypłacać tejże Rozalii … począwszy od dziś po dzień jej śmierci po dwa korce żyta, każdy równo oddzielać dla niej sześć zagonów ziemi w 40 prętów pod kartofle z nawozem, Jan … ponad to jeden korzec  owsa corocznie i zamieszkanie wspólnie ze sobą  do dnia jej śmierci.

Powyższy akt w oryginale zaczyna się tak. Osiem stron tłumaczyłam miesiąc;-)



Akty takie stanowią dla poszukiwaczy informacji o przodkach kopalnię wiedzy o rodzinie. Dokumenty takie spisywano najczęściej przed ślubem najmłodszego z dzieci, kiedy ksiądz zapisał, że została sporządzona intercyza przedślubna. Czasem podano, u jakiego notariusza, z jaką datą i pod jakim numerem dokument został spisany. Bardzo często rodzice zapisywali gospodarstwo najmłodszemu, albo dzielili na kilkoro dzieci. Zwykle ustalano rekompensaty, dla tych, którzy ziemi nie dostali i określano, kto, komu i kiedy ma wypłacić spłatę.  Jeśli nie znaleźliśmy wzmianki o intercyzie przy okazji ślubu żadnego z dzieci, można pokusić się o poszukiwania trochę w ciemno. Można przeszukać kilka lat zachowanych roczników w Archiwum w Łowiczu lub Grodzisku Mazowieckim. Dla naszej wioski, to mogą być zasoby notariusza Romana Wolskiego, Franciszka Dąbrowskiego, Konstantego Konopackiego. W zasadzie obowiązywała rejonizacja, ale jeżeli akt dotyczył kawalera mieszkającego w Budach Zaklasztornych, a panna  była z Grabiny, to już mógł to być sporządzony w Skierniewicach u rejenta Górskiego, a jeśli ziemia była w Antoniewie, to spisano go Grodzisku Mazowieckim. Poszukiwania mogą być pracochłonne, ale czasem, gdy nam się poszczęści mogą zawierać wiele ciekawych załączników - odpisów aktu zgonu, potwierdzenia pochodzenia...

Na koniec jeszcze jeden fragment takiej intercyzy - testamentu z 1925 roku.

„Jan i Marianna małżonkowie … oświadczyli, iż tytułem udziałów z części rozrządzalnej i nierozrządzalnej majątku swojego, przez akt niniejszy darowują i zapisują powołane wyżej grunta jak następuje:  synowi… zachodnią połowę osady numer tabeli … we wsi Grabina Duża, powiecie Łowickim, położoną, to jest dziewięć morgów sto prętów ziemi wraz ze służebnościami, lub tyle ile się okaże po dokonanym pomiarze, z będącemi na niej budynkami, wszelkiemi prawami i wszystkim tym, co z natury i prawa stanowi nieruchomość, a także wszystkie porządki gospodarskie i rolnicze i jednego konia, z uprzężą, z warunkiem, ażeby, poczynając od dnia pierwszego lipca … roku wydawać i dostarczać zapisującym rodzicom swoim, corocznie i akuratnie następujące dożywotnie alimenty, a mianowicie: osiem korcy żyta i korzec owsa w czystem, suchem i zdrowem ziarnie, dwa pudy mąki pszennej w gatunku lepszym, trzydzieści korcy przebranych kartofli, oborę i utrzymanie zimą i latem dla jednej ich krowy, chlewek dla prosiaka i sześciu kur, pół domu od wschodu; furmanek i słomy w miarę potrzeby na każde zażądanie, opranie, rąbać drzewo opałowe, wrazie choroby usługę i opiekę troskliwą i pomoc lekarską, a po śmierci poniesie koszty ich pochówku, na pokrycie których przeznaczają mogące pozostać po śmierci ostatniego z nich domowiznę i krowę. Pozostały przy życiu współmałżonek wrazie wcześniejszej śmierci jednego z nich - otrzymywać będzie zboże i kartofle w połowie”

W innym posiadanym przeze mnie dokumencie wyszczególniono nawet, że dla ojca ma być jedna czapka, na zimę, 3 koszule na rok, jedna para spodni... Wspominano nawet o topoli rosnącej na miedzy, o tym, przez kogo będzie wycięta, kto będzie mógł wykopać pieniek i w jakim czasie.
Bywało i tak, że akty były sporządzane jakby w dwóch etapach, najpierw płacono część gotówki za ziemię i rodzina mogła na przykład pozostać przez rok w swoim domu, a po roku, jeśli nie zostały spełnione określone warunki musiała go opuścić.
Nie zawsze były sporządzane akty notarialne, gdyż nie była to usługa tania. Należało wnieść przede wszystkim opłatę tzw. „krieposntych” czyli rodzaj podatku, liczonego od wartości masy spadkowej co stanowiło około 3% wartości. Oprócz tego, dochodził koszt każdego wypisu papierowego, liczonego od każdej strony, taksy notarialnej...
Powodzenia w poszukiwaniach.
Ewa